Soundman - rozmowa z Piotrem Danielskim i Andrzejem Lewandowskim

2019-04-23
Soundman - rozmowa z Piotrem Danielskim i Andrzejem Lewandowskim

W ramach mini cyklu poświęconego polskim producentom działającym w branży muzycznej, tym razem zaprezentuję warszawską firmę Soundman. Z jednym z dwóch jej założycieli, Andrzejem Lewandowskim, znamy się jeszcze dłużej niż z bohaterem poprzedniego artykułu, Zbyszkiem Piechotą, bo już od szkoły podstawowej, czyli jakieś pół wieku. W tamtych czasach muzyka – jak to się ją wówczas określało „big-beatowa” – trafiała również do kościołów w postaci tzw. mszy beatowych, a mój kolega klasowy grał z Andrzejem w jednym z żoliborskich  kościołów na basie, w którym Andrzej był wówczas gitarzystą i posiadaczem gitary marki Jolana. Piszę „wówczas”, bo w późniejszych latach „przerzucił się” właśnie na bas i występował w roli basisty m. in. w kapeli Country Road.

Mnie co prawda na mszach raczej trudno było spotkać, gdyż od małego byłem dzieckiem małej wiary, ale to właśnie dzięki tej „inicjatywie” lokalnego proboszcza zawdzięczam znajomość nie tylko z Andrzejem, ale też z innym kolegą, elektronikiem, który już wtedy „serwisował” sprzęt grający w kościele, czyli np. lampową „głowę” produkcji NRD o oznaczeniu MV2, o „oszałamiającej” mocy 12,5 W. Jako ciekawostkę mogę dodać, że z tym wzmacniaczem współpracowała duża obudowa bass-reflex, wyposażona w 16” głośnik Vermony i ten przetwornik można obejrzeć na mojej stronie, w zakładce poświęconej naprawom głośników. Wiele lat później, ale jeszcze na długo przed „oficjalnym” zaistnieniem w branży, kolega Kuba współtworzył pierwsze oferowane przeze mnie wzmacniacze gitarowe i basowe, których kilkanaście sztuk sprzedane zostało pod marką PEBA, a w swoim czasie przez krótki czas współpracował również z firmą Soundman, na początku jej działalności.

Piotr Danielski przy pracy.

Nasz wspólny, nieżyjący już niestety kolega Jarek, na basie grał tylko w kościele, a „na co dzień” był gitarzystą klasycznym i zawsze miał 5 ze śpiewu, choćby dlatego, że świetnie znał nuty, co ułatwiało opanowanie materiału muzycznego, również tego, który był wykonywany w trakcie mszy. W tym miejscu warto uświadomić młodszym Czytelnikom, że w czasach komuny przedmiot „śpiew” był obowiązkowy, w przeciwieństwie do lekcji religii i chciałoby się zapytać, komu to przeszkadzało, że dzieciaki uczyły się zarówno teorii muzyki jak i jej historii i że dzięki temu do dziś kojarzę kim był np. Orlando di Lasso, że o Bachu i innych nie wspomnę. No ale to tylko taka drobna dygresja, a dalsza część artykułu będzie już zapisem fragmentów długiej rozmowy, którą pod koniec listopada odbyłem z tymi dwoma panami, których zdjęcie widnieje na pierwszej stronie tego artykułu – Piotrem Danielskim i Andrzejem Lewandowskim, czyli Soundmanami.

Może na wstępie powiedźcie, jak się poznaliście i jakie były początki firmy Soundman

A.L.: Soundman jako oficjalnie działająca firma powstał w roku 1991, ale znamy się kilka lat dłużej, jeszcze z czasów, gdy grałem do kotleta w kasynie wojskowym, a Piotrek pracował jako akustyk w klubie na ulicy Łowickiej. Ja w tym kasynie miałem mikser, który zrobiłem z innym kolegą na własne potrzeby, a grał też w tym samym miejscu niejaki Grzesiek Figurski i to właśnie on poznał mnie z Piotrkiem, o którym wiedział, że też próbuje coś działać w tej branży. To było chyba w roku 1988.

No to w tym roku możecie uroczyście obchodzić 30-lecie związku (śmiech).

P.D.: Na Łowicką przychodziłem początkowo jako pasjonat, a na etacie byłem tam zatrudniony bodaj od 1982 przez jakieś 10 lat, czyli zrezygnowałem właśnie w tym czasie, gdy założyliśmy firmę. Ale już w szkole średniej, czyli w technikum elektronicznym, stawiałem pierwsze kroki w branży nagłośnieniowej, pracując np. w okresach wakacyjnych w ekipie Zbyszka Wypycha, który był w owych czasach dość znanym nagłośnieniowcem. Miał zespół Aerobus i kanciapę w Remoncie obok Wojtka Puczyńskiego z Exodusu i oprócz przodów posiadał również lampowe piece gitarowe, więc kręciły się wokół niego różne kapele, z którymi jeździł w trasy. Można wymienić choćby Dżem i w ekipie technicznej tego zespołu moim nauczycielem był Waldek Czapkiewicz. Działał wtedy również taki fajny, jazzujący zespół Kwadrat i te dwie kapele miały nawet wspólnych muzyków.

Jakie to były lata mniej więcej?

P.D.: Koniec lat 70. Brałem wtedy udział w imprezach Mokotowskiej Jesieni Muzycznej, chyba od 1978 roku, a szkołę ukończyłem w 1981. Jednak etat na Łowickiej nie był moją pierwszą pracą, bo wcześniej interesowałem się bardzo modelarstwem i pracowałem również przez jakiś czas jako instruktor w modelarni, a ta dziedzina i doświadczenia w niej zdobyte bardzo mi się potem przydały w branży audio, np. w kwestii budowy kolumn głośnikowych.

No to jak widzę, zaczynaliśmy dokładnie w tym samym okresie, bo ja np. pierwszą swoją paczkę głośnikową zbudowałem właśnie w roku 1978, a potem coś tam próbowaliśmy jeszcze  z Andrzejem wspólnie działać, zanim wyprowadziłem się z W-wy. Pamiętam, jak jeszcze przed powstaniem Soundmana, chodziliśmy na ulicę Promyka do chłopaków z f-my Digi-Sound, którzy już w wtedy w tej wynajętej piwnicy produkowali sprzęt nagłaśniający, ale potem jakoś słuch o nich zaginął. Wiecie może, co się teraz z nimi dzieje?

P.D.: Braciszkowie zeszli się po bardzo długiej przerwie, choć Mirek cały czas działał niezależnie, robiąc jakieś domowe wzmacniacze lampowe.
A.L.: Gitarowe też robi, z Jankiem Benedekiem, gitarzystą i kompozytorem, znanym choćby z T.Love.

Dwie głowy gitarowe produkcji firmy Soundman.

No proszę, czyli kolejna mało znana firma, o której będę mógł napisać artykuł. No ale wracajmy do waszej historii. Jak to się stało, że połączyliście siły i czym zajmowaliście się na początku wspólnej działalności?

P.D.: Zanim oficjalnie ruszyła firma, przedtem przez kilka lat już coś razem dłubaliśmy, z tym, że każdy u siebie, a dopiero potem wspólnie zaadoptowaliśmy ten strych w domu babci Andrzeja i mogliśmy rozwinąć działalność na nieco szersza skalę. Na samym początku robiliśmy głośniki, „rasowaliśmy” 12” Tonsile i coś tam z Kubą próbowaliśmy razem, jakiś mikser, kopię Studiomastera, do którego zaprojektował płytki. Ale nie za bardzo się wywiązywał jeśli chodzi o terminy, więc ta współpraca dość szybko się zakończyła i sami zaczęliśmy robić własną elektronikę, przy czym ja zająłem się projektami, drukami itp. a Andrzej mechaniką, sitodrukiem itd. No i równolegle z tym mikserem powstawały pierwsze wzmacniacze gitarowe i do basu.
A.L.: A potem doszedł drugi, duży mikser, panelowy, do którego gdzieś jeszcze leżą płyty czołowe i jeszcze jakiś mały mikser.

Czyli jak rozumiem, w pierwszych latach działalności produkowaliście miksery i wzmacniacze gitarowe, a co z paczkami?

A.L.: Pasywne paczki w różnych wariantach też były oczywiście robione, tym bardziej, że wtedy produkowaliśmy już więcej modeli własnych głośników, korzystając m. in. z firmowych, angielskich membran, które stosowali czołowi producenci światowi, jak choćby Celestion czy Fane. W pewnym momencie zainwestowaliśmy nawet ogromną jak na nasze możliwości kasę, w wykonanie wtryskowej formy ciśnieniowej do produkcji kosza 15”.
P.D.: Ta forma bardzo poważnie nadwyrężyła nasz budżet, bo założenie było takie, że ma starczyć na bardzo długo i powinna móc pracować w cyklu ciągłym. Projektowali ją inżynierowie z zakładu zbrojeniowego w Tarnowie i została wyposażona np. w wodny płaszcz chłodzący, co pozwalało wykonać w ciągu jednego cyklu kilkaset koszy. Ma metr na metr i waży coś ok. 3 ton. Jak dziś pamiętam, gdy odbieraliśmy pierwszą partię koszy – 600 sztuk. Ten kosz okazał się bardzo udany i świetnie się sprawdził. Robiliśmy na tych koszach wszystkie nasze głośniki 15” i nawet głośnik koaksjalny, z wykorzystaniem firmowego drivera, ale cała reszta była nasza.

No to faktycznie imponujące, bo ja też robiłem samodzielnie kosze do głośników i formy, ale do odlewania w technice „piaskowej”. Miałem ich bodaj 7 czy 8 typów, ale wymagały bardzo pracochłonnej obróbki po odlaniu i w dzisiejszych czasach takie techniki są już zupełnie nieopłacalne.

P.D.: Mało tego, my mieliśmy nawet własne formy do prasowania ferrytów, bodaj 3 modele, które przechowywane były w Ferpolu w Skierniewicach i gdy zakład został sprzedany Holendrom, to te formy nowy właściciel po prostu nam ukradł i wywiózł pewnie za granicę, tak jak całe wyposażenie fabryki.
A.L." No i mieliśmy również formę do HF-a, kopię Celestiona i robiliśmy też gwizdki, bo w tamtych czasach dostępne były tylko GDWT Tonsila, a potrzebowaliśmy czegoś lepszego, nadającego się do celów estradowych. Jak już Piotrek mówił, głośniki robiliśmy od początku, najpierw gitarowe na bazie tonsilowskich 12”, a potem inne, z różnymi koszami, ale już na naszych obwodach magnetycznych.

Pamiętam, że na początku lat 90. sam przywoziłem wam kilka razy niewielkie partie aluminiowych koszy 15” od zaprzyjaźnionej firmy z Petersburga i za którymś razem na granicy Polski z Białorusią celnicy zatrzymali mi ten towar, który wiozłem w pociągu, pod pretekstem zakazu wywożenia metali kolorowych i wszystko zostało zdeponowane w przechowalni na dworcu. Sam też zresztą używałem tych koszy, zanim zacząłem robić własne. A ten wasz HF to nawet pokazałem na zdjęciu w swoim artykule o driverach, nie wymieniając jednak nazwy producenta. To była dokładna kopia wypraski z tworzywa z tym „pociskiem” w środku i ten głośnik, jak wiecie, był często kopiowany również w krajach byłego ZSRR, więc w swoim czasie było ich mnóstwo na rynku, z czego Celestion może być chyba dumny (śmiech). Czy już od początku działalności zajmowaliście się też nagłaśnianiem imprez?

P.D.: Nagłośnienia to trochę oddzielny temat, którym ja zajmowałem się jeszcze przed stanem wojennym, o czym już wcześniej wspominałem. Natomiast później, gdy robiliśmy już własny sprzęt, to traktowaliśmy imprezy jako doskonały „poligon doświadczalny” do testowania własnych wyrobów i tak jest w zasadzie do dziś. Z tym, że jak powstał Soundman, to ja odpuściłem sobie imprezy, a wróciliśmy do tego tematu dopiero po kilku latach, za namową Janka Pospieszalskiego, po koncercie w klubie Fugazi, gdzie imprezę nagłaśniał Andrzej Krawiec i stały tam nasze comba basowe, bo nie robiliśmy jeszcze wówczas zestawów z oddzielną głową. No i jak posłuchałem tę aparaturę, to pomyślałem sobie, że warto by również zająć się nagłaśnianiem, żeby w ten sposób reklamować nasz sprzęt. No ale to stało się dopiero kilka lat później, jak już mieliśmy większy asortyment produktów.
A.L.: Zrobiliśmy najpierw niewielki własny zestaw pasywny, ale tak naprawdę, to pierwszy większy festiwal robiony na naszym sprzęcie to było Węgorzewo w 1994 i potem jeszcze kilka edycji tego festiwalu i wiele innych imprez, m.in. koncert Living Colour na Placu Zamkowym w Warszawie. Stał tam też nasz backline i gitarzysta Vernon Reid grał na naszej głowie i paczce.

Wzmacniacze Soundman były kilkukrotnie prezentowane i testowane w fachowych periodykach zachodnich.

No właśnie, powiedzcie teraz coś na temat waszych lampowych wzmacniaczy gitarowych, które w swoim czasie cieszyły się  niezłą renomą, również na zachodzie. Na waszej stronie internetowej można zobaczyć zdjęcia głowy gitarowej i paczki Soundman, wykorzystywanej na koncercie na rzecz Nelsona Mandeli na Wembley, przez artystów z najwyższej półki, jak choćby Bryan May czy Edge. Wiem też, że w swoim czasie pojawiła się również głowa sygnowana nazwiskiem Darka Kozakiewicza.

P.D.: Na te stuwatowe głowy lampowe to był w pewnym okresie taki boom, że nie nadążaliśmy z produkcją. Myślę, że wypuściliśmy ich około 200 sztuk, a tylko do Anglii poszło jakieś 15 egzemplarzy. Nasz kolega  Andrzej „Pepso” Kropiewnicki mieszka w Londynie i kiedyś w pubie poznał Petera Brewisa, który pracował w wypożyczalni sprzętu muzycznego jako technik gitarowy. W tym czasie Eurythmics przygotowując się do jakiejś światowej trasy koncertowej, rozstawili w studio sprzęt na próby i Dawid Stewart spytał  Petera, czy nie może przywieźć ze swojej wypożyczalni jakichś lampowych głów gitarowych z paczkami, bo on chciał sobie je sprawdzić i wybrać jakieś na trasę. No i on mu przywiózł wszystko, co w tamtych czasach było w wypożyczalniach, czyli Peavey model Van Hallen, Mesa-Boogie, Marshalla itp., a potem jeszcze wspomniał, że zna taką firmę w Polsce, która też robi takie wzmacniacze. Stewart się zainteresował, więc wysłaliśmy do Anglii zestaw głowa + paczka 4 głośnikowa i tak się złożyło, że z tych wszystkich wzmacniaczy wybrał właśnie nasz. Kupił więc 2 takie zestawy i flight case do nich i zabrał to w trasę, a potem słuch o nich zaginął.
A.L.: Te głowy z paczkami kupił też do swojego studia znany, zmarły na początku tego roku realizator, Chris Tsangarides, który nagrywał wielu znanych artystów, takich jak Black Sabbath, Judas Priest, Thinn Lizzy, Gary Moore i wielu innych. Zakochał się w tych wzmacniaczach i są artykuły ze zdjęciami w zachodniej prasie (The Guitar Magazine 06/2001 i 02/2005, Guitarist 06/2001), na których widać właśnie te piece i jego.
No i to był taki epizod z tą Anglią, ale ten boom skończył się, gdy na rynek weszli Chińczycy. Potem nawet wystawialiśmy się jeszcze dwa razy we Frankfurcie i tam poznaliśmy Aspena Pittmana, właściciela firmy Groove Tubes i przez pewien czas byliśmy nawet dystrybutorem tych lamp. Ale te targi mocno nas uderzyły po kieszeni, a efektów nie dały praktycznie żadnych, jeśli chodzi o promocję i większą sprzedaż.

Czyli można powiedzieć, że produkcja wzmacniaczy lampowych padła przez Chińską konkurencję i brak odpowiedniej promocji, na którą nie było was stać.

P.D.: Kiedy wypuściliśmy tę pierwszą głowę, sygnowaną przez Darka Kozakiewicza, to mieliśmy taki pomysł, żeby kolejne wersje dedykować innym, znanym polskim gitarzystom, takim jak Jan Borysewicz, Grzesiek Skawiński itd. No ale Laboga wypuścił wtedy model Jan Bo i odpuściliśmy ten pomysł, choć kolejne, udoskonalone wersje jednak się pojawiły i ostatnia miała oznaczenie Mark 5. Jednak obecnie wzmacniaczy lampowych seryjnie już nie wytwarzamy, ale możemy jeszcze je wykonać na specjalne zamówienie.  

No właśnie, skoro produkcja kiedyś szła pełną parą, to jestem ciekaw, czy zatrudnialiście ludzi, czy zawsze działaliście tylko we dwóch.

A.L.: Tak, pracowało tu kilka osób, w tym nasze żony, które lutowały płytki, mój ojciec, a także 2 albo 3 wynajętych pracowników z zewnątrz, co łącznie z nami dawało jakieś 6 czy 7 osób. No i jeszcze był, i jest do dzisiaj, stolarz, bo sami nie robimy stolarki, a także kooperanci zewnętrzni, którzy wykonywali obudowy, mechanikę i w późniejszym okresie cały osprzęt do nagłośnień, czyli ramy do podwieszania paczek itp. A to nie są proste sprawy, bo takie wyroby muszą posiadać odpowiednie atesty i my woziliśmy je do Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, gdzie za odpowiednią kasę badali ich wytrzymałość i dopiero wtedy można było mieć pewność, że paczki nie urwą się komuś na głowę w trakcie imprezy.

Stoisko firmy Soundman na targach Musikmesse 2007.

Czyli niemal identyczna sytuacja, jak w połowie lat 90. u Zbyszka Piechoty, z którym robiłem ostatnio podobny wywiad jak z wami. A potem koniunktura siadła, powoli pozbywał się pracowników i pod koniec działalności był już tylko sam.

P.D.: My pozbyliśmy się załogi dlatego, że w pewnym momencie okazało się, że pracujemy na ich pensje. A sprzedaż była już na tyle mała, że zatrudnianie ludzi nie miało sensu. Ale skalę naszego działania w dobrych czasach najlepiej pokazuje kajet stolarza, który notował dokładnie, ile paczek w ciągu roku zrobił dla nas. I okazało się, że był okres, gdy w ciągu roku powstało ich prawie 700, oczywiście wszystkich rodzajów, więc to znaczy, że one wszystkie poszły w Polskę, choć prawdę mówiąc nie wiem, gdzie są te pieniądze (śmiech). W pewnym okresie wszyscy potrzebowali wzmacniaczy instrumentalnych, do gitary i basu, więc staraliśmy się elastycznie wyjść naprzeciw temu zapotrzebowaniu. Potem opracowaliśmy kilka modeli powermikserów i jako ciekawostkę powiem, że jako pierwsi w Polsce uzyskaliśmy oficjalny certyfikat od firmy Alesis, na montowanie w naszych mikserach ich modułów efektowych. Zajmowaliśmy się również serwisowaniem sprzętu różnych producentów, czasem w kooperacji z ich oficjalnymi dystrybutorami, czyli np. z firmą Polsound.
A.L.: No i naprawami głośników, nie tylko własnych, a potem znów weszliśmy mocniej w nagłośnienia, gdy okazało się, że koniunktura na produkcję sprzętu siadła.

A obecnie coś jeszcze produkujecie, czy podstawowym źródłem dochodów są jednak nagłośnienia?

P.D.: Obecnie imprezy dają jednak większy dochód niż produkcja sprzętu, tym bardziej, że przecież z wielu asortymentów się wycofaliśmy. Jednak niektóre produkty z lat ubiegłych nadal możemy wykonywać na zamówienie, o czym już wspominaliśmy wcześniej, gdy mowa była o lampowych wzmacniaczach gitarowych. Jednak nadal produkujemy zestawy aktywne, począwszy od najnowszego dziecka, czyli małej paczki z głośnikami 2 x 5”, a skończywszy na zestawach dwudrożnych i subwooferze o mocy nominalnej 1.200 W. No i oczywiście monitory sceniczne w wersji aktywnej, które sami wykorzystujemy przy nagłośnieniach.

W tych paczkach wykorzystujecie – o ile wiem – własne moduły, wykonywane w klasycznej technologii transformatorowej i z klasycznymi końcówkami pracującymi w klasie AB, czyli nie weszliście w modne i dominujące w ostatnich latach zasilacze impulsowe i klasę D końcówek.

P.D.: Mamy sprawdzone konstrukcje budowane w oparciu o popularne w branży MOS-FETy, identyczne, jakie stosuje w swoich wyrobach choćby firma Meyer. Niezawodność klasycznych konstrukcji jest bez porównania większa niż tych wszystkich nowych wynalazków, więc nie chcemy wchodzić na minę, a poza tym, jak już wspomniałem, na dzień dzisiejszy produkcja nie stanowi już zasadniczej formy naszej działalności. Dla małej firmy ważne jest, żeby potrafiła elastycznie dopasować się do koniunktury i teraz staramy się już nie popełniać błędów, które miały miejsce w przeszłości. Oprócz paczek, oferujemy również osprzęt w postaci sieciowych listew zasilających, czy opytowania, a jednym z ciekawych i cieszących się sporą popularnością produktów jest skrzynka reporterska, służąca głównie do komutacji sygnałów, w trakcie realizacji imprez dla telewizji.

A jeśli chodzi o nagłośnienia, to czy teraz nadal używacie swojego sprzętu, czy wykorzystujecie głównie aparaturę innych, „riderowych” producentów?

P.D.: I tak, i tak. Opracowaliśmy np. do własnych potrzeb już kilka lat temu małą liniówkę, wyposażoną w zmodyfikowane przez nas głośniki renomowanego producenta o średnicy 8” i używamy tego zestawu wtedy, gdy organizator nie dysponuje budżetem pozwalającym na nagłośnienie sprzętem firmy Meyer Sound, bo właśnie zestawy tego producenta o nazwie Mica pracują u nas w charakterze sprzętu riderowego. Tej liniówki mamy około 40 modułów i oczywiście do kompletu subwoofery, też naszej konstrukcji. Na scenie wykorzystujemy wyłącznie własne monitory, choć dawniej również mieliśmy Meyera, ale z kilku powodów z nich zrezygnowaliśmy. Zabawne jest to, że było kilka sytuacji, gdy na imprezie wisiał nasz sprzęt, ale opakowany w pokrowce i ludzie myśleli, że to gra Meyer (śmiech). Podobnie zresztą było kiedyś z tymi naszymi klasycznymi paczkami malowanymi na niebiesko, które pamiętasz choćby z koncertu Living Colour. Niektórzy myśleli, że to zestaw Turbosound, bo to był ich firmowy kolor.

Nagłaśniacie też duże imprezy, takie jak festiwale itp.?

A.L.: Ostatnio robiliśmy sztukę dla 250 tysięcy osób, co było sporym wezwaniem.

Jak rozumiem, nie chcesz się tym za bardzo chwalić, więc nie powiemy, co to była za impreza (śmiech).

P.D.: Nagłaśniamy różne imprezy, ale nie jako Soundman, tylko w tym celu stworzyliśmy oddzielną firmę pod nazwą LD Audio, która posiada swoją własną stronę internetową i tam publikujemy mnóstwo materiałów z imprez, które robiliśmy. W przeciwieństwie do firmowej strony Soundmana, ta witryna jest na bieżąco aktualizowana i można się z niej dowiedzieć jakim sprzętem dysponujemy i jest tam również zamieszczona lista artystów polskich i zagranicznych, którzy korzystali z naszych usług. Ta lista jest bardzo długa, więc nie chcę wymieniać konkretnych nazwisk, ale zapraszam na stronę, jeśli kogoś interesują tego typu informacje. Firma LD Audio powstała właśnie m.in.  dlatego, żeby oddzielić naszą działalność produkcyjną od nagłośnieniowej i z perspektywy czasu uważamy to za dobry pomysł. Dodam jeszcze, że z niektórymi naszymi klientami współpracujemy na stałe i należy do nich np. popularny warszawski klub Progresja, gdzie nagłaśniamy wszystkie  imprezy od momentu, gdy klub przeniósł się do nowej, większej siedziby. W sezonie zawsze jest sporo pracy, więc pomagają nam w tym wynajęci ludzie, ale również jeden z moich synów. Inna sprawa, że branża cierpi trochę na brak prawdziwych fachowców, ale za to namnożyło się sporo różnych pseudospecjalistów, którym często tylko wydaje się, że coś potrafią i taka sytuacja często bywa zmorą wielu imprez.

Moduł aktywnej paczki 2 x 5”.

No tak, na ignorancję różnych „leszczy” skarży się wielu właścicieli firm nagłośnieniowych, gdyż poza wszystkim innym, taki „gostek” potrafi skutecznie zepsuć opinię o wykorzystywanym na imprezie sprzęcie, albo właśnie o firmie, która go postawiła. A publiczności to raczej nie interesuje, bo liczy się efekt finalny. Nie wiem czy czytaliście w jednym z ostatnich numerów LSI artykuł Marka Witkowskiego o festiwalu w Dolinie Charlotty, gdzie właśnie miał miejsce taki przypadek – polecam, bo to bardzo pouczający materiał i trafia w punkt.

P.D.: Znamy takie sytuacje aż za dobrze z własnego doświadczenia. Jeśli chodzi o wyposażenie firmy w riderowy sprzęt to jak wiesz, są do tego potrzebne duże pieniądze, więc większość firm nagłośnieniowych opiera swoją działalność na leasingu czy kredytach, które potem trzeba spłacać przez wiele lat, więc większe wahnięcia koniunktury mogą być groźne dla tego biznesu. Z kolei, jeśli chodzi o produkcję, to nigdy nie było u nas dobrych, niskooprocentowanych kredytów na taką jak nasza działalność, więc w tym wypadku trudno było rozwijać produkcję na większą skalę, a poza tym my nigdy nie mieliśmy ambicji tworzenia firmy molocha, bo zawsze zależało mi na tym, żeby nad wszystkim panować samodzielnie.

No właśnie, znów jakbym słyszał Zbyszka Piechotę i nawet siebie samego. Ja też nigdy nie korzystałem z żadnych kredytów, oprócz jednego przypadku, gdy ukradziono mi samochód i musiałem czymś jeździć, więc wziąłem kredyt na auto o nazwie Tico. Potem cieszyłem się nim 7 lat, bo nigdy się nie popsuło. Ale o kredytach na działalność nawet nie myślałem i dzięki temu nie jestem nic nikomu winien, a dłużnika mam tylko jednego – pewnego nagłośnieniowca z miasta Zgierz, któremu kiedyś sprzedałem coś „na raty” i to był pierwszy i ostatni taki przypadek w mojej karierze. Zresztą do dziś mam „kwit”, w którym gostek zobowiązuje się do uregulowania należności w określonym czasie, co oczywiście nigdy nie nastąpiło. A co do małych firm producenckich, to wiele z nich się zwinęło, inne się przebranżowiły, ale rynek nagłośnieniowy wciąż chyba rośnie, bo tych firm pojawiało się jak grzybów po deszczu.

A.L.: My jednak trochę zaniedbaliśmy reklamę, strona firmowa Soudman od wielu lat nie jest aktualizowana, a ponieważ czasy są takie jakie są, to telefon rzadko dzwoni, jeśli chodzi o sprzedaż. Zarzuciliśmy już nawet produkcję głośników, bo przy takim zapotrzebowaniu jak teraz, jest to już raczej nieopłacalne, a poza tym myślę, że nawet reklamując się regularnie i w różnych miejscach i tak byśmy nie zmienili sytuacji, bo teraz większość klientów interesuje, żeby kupić jak najtaniej, a my już nie chcemy sprzedawać po kosztach, tak jak to miało miejsce dawniej.

Z moich doświadczeń wynika dokładnie to samo. 90% ludzi którzy dzwonią czy piszą, to są starzy klienci, albo ich znajomi, bo najskuteczniejszą reklamą była zawsze w moim przypadku poczta pantoflowa. Np. moja strona po modernizacji ma regularnie od kilku lat kilka tysięcy wejść w miesiącu, czyli o wiele więcej, niż to miało miejsce powiedzmy 10 czy 15 lat temu, ale słabo się to przekłada na kwestie o których rozmawiamy. Tak więc również uważam, że nie ma chyba sensu inwestować w jakieś kampanie reklamowe i przerzucać potem ich kosztów na cenę wyrobów, co jest standardową praktyką dużych koncernów. No dobrze, to może tak już na koniec powiedźcie, jak byście określili swoją obecną pozycję na rynku.

P.D.: Myślę, że burzliwy okres mamy już chyba za sobą, ale z uwagą śledzimy konkurencję, by nie pozostać w tyle.

Życzę Wam, żebyście nie tylko nie pozostali w tyle, ale wręcz przeciwnie, i mam nadzieję, że ten artykuł Wam nie zaszkodzi, a też wręcz przeciwnie (śmiech).

Dla własnych potrzeb firma Soundman zaprojektowała niewielki system liniowy.

Live Sound & Instalation Newsletter
Krótko i na temat, zawsze najświeższe informacje