Żeby kózka nie skakała... - Bezpieczeństwo podczas pracy na scenie

2010-08-30
Żeby kózka nie skakała... - Bezpieczeństwo podczas pracy na scenie

Póki jest się młodym i entuzjastycznym, na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi. Praca na scenie jest tak ekscytująca, że często zapomina się o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. A to bardzo niedobrze… Zazwyczaj jednak jest tak, że prostymi środkami można uniknąć dużego nieszczęścia. Wystarczy tylko ruszyć głową. Aby zaoszczędzić Wam wielu problemów, postanowiłem napisać ten artykuł.


BEZPIECZEŃSTWO SOCJALNE

Właściwie zamocowane odciągi nie pozwolą konstrukcji odlecieć przy silnym wietrze.

Nie od dziś wiadomo, że istnieją przedsiębiorcy bardziej i mniej uczciwi. Ci z pierwszej kategorii to ludzie, którzy starają się być w porządku nie tylko wobec kontrahentów, ale i pracowników, nawet tych sezonowych. Z kolei ci drudzy to często hieny, które starają się napchać sobie kiesę wszelkim kosztem. A ponieważ właściciele firm nagłośnieniowych to przedsiębiorcy, jak wszyscy inni, toteż i ich ten podział dotyczy.

Młodzi ludzie, jacy najczęściej zatrudniają się w takich firmach do pracy na scenie, zwykle nie przykładają większej uwagi do takich spraw, jak ubezpieczenie. Bywa, że są nawet zadowoleni, gdy pracodawca ich nie ubezpiecza, a jedynie częstuje jakimś dodatkiem do wypłaty. A przecież praca na scenie związana jest z różnymi zagrożeniami, od przygniecenia stopy przez ciężki subwoofer, który się obsunął podczas transportu, poprzez złamanie ręki wskutek pośliźnięcia się na mokrej powierzchni sceny albo rozcięcie głowy kombinerkami, które ktoś zostawił na zawieszonym klastrze, po najgroźniejsze, jak choćby porażenie prądem.

Każda z tych okoliczności staje się zwykle przyczyną niezdolności do pracy. A praca to pieniądze, dla których przecież się ją wykonuje. Jeśli więc pracownik wykonuje swą pracę "na czarno" i nie został ubezpieczony przez pracodawcę, to kwestia otrzymania zasiłku chorobowego - przynajmniej oficjalną drogą, czyli z zakładu ubezpieczeń - jest równa zeru. Równie problematyczne może się okazać otrzymanie zadośćuczynienia, czyli odszkodowania, ze strony pracodawcy.

W takiej sytuacji pozostaje wstąpić na drogę prawną. Tym, którzy w jakiś sposób cierpią w wyniku niedotrzymywania obowiązków przez pracodawców, podpowiem, że Państwowa Inspekcja Pracy jest zazwyczaj znacznie bardziej skutecznym batem na nieuczciwych przedsiębiorców, niż sądy, w których na rozprawę oczekuje się zwykle miesiącami. Problemem może być natomiast znalezienie świadków. Ale nie zagłębiajmy się w hardcorowe klimaty.

Zachowajmy nadzieję, że nigdy nie przydarzy nam się tak ekstremalna sytuacja. Aby uniknąć nieprzyjemnych klimatów, warto ustalić zasady współpracy jeszcze przed jej rozpoczęciem. Oczywiście, nie musi to być, i często nie jest, praca na etacie. Wystarczy jednak umowa-zlecenie. Warto zainteresować się przy tym prawami i obowiązkami obu stron, wynikającymi z zawarcia takowej umowy. Pamiętajcie bowiem moi drodzy, że już starożytni Rzymianie byli świadomi tego, iż Ignorantia iuris nocet - nieznajomość prawa szkodzi. To tyle, jeśli chodzi o kwestie formalne. Przejdźmy teraz do spraw praktycznych.


BUTY

Buty w pracy technika scenicznego to wcale nie taka błahostka, jak niektórym może się wydawać. W końcu to od nich zależy jakość kontaktu nóg z podłożem, które nie dość że może być oblodzone, zasypane śniegiem, piaskiem albo pochlapane jakimś śliskim świństwem, to jeszcze mogą na nim leżeć różne, często niebezpieczne przedmioty. Dlatego też istotne jest, aby obuwie, które ubieramy do pracy na scenie - szczególnie w przypadku imprez organizowanych w zimie, jak choćby imprezy sylwestrowe czy koncerty typu "Gwiazdka do nieba" - miało odpowiedni bieżnik, a podeszwa stosowną grubość.

Warto także, aby były to buty z usztywniającą cholewką, która ułatwi utrzymanie pionu podczas przenoszenia większych i cięższych przedmiotów, a także ustrzeże kostkę przed zwichnięciem, gdy stopa wpadnie w jakąś szczelinę. Zdecydowanie warto także, aby miały stalowe noski, chroniące palce przed zgnieceniem.

W każdym przypadku, czy to latem czy zimą, powinny też zapewniać tzw. komfort termiczny. Przemarznięcie stóp ogranicza zdolność utrzymywania równowagi, a przy tym bardzo absorbuje uwagę ich właściciela, natomiast przegrzanie skłania do rozwiązywania sznurówek, w efekcie czego obuwie traci swe własności usztywniające (co towarzyszy zdjęciu buta z przegrzanej i przepoconej stopy chyba nikomu nie muszę tłumaczyć).


W Paryżu może się takich kreacji nie nosi, ale ta jest dla riggera najodpowiedniejsza.

RĘKAWICE

Rękawice to także jeden z niedocenianych elementów wyposażenia technika scenicznego. Do ich podstawowych zadań należy zwiększenie chwytności dłoni, tj. zapobieżenie wyślizgiwaniu się noszonych przedmiotów, a także ochrona przed skaleczeniami, otarciami, a nawet porażeniem prądem.

Chronią też nasze dłonie przed "wpijaniem się" ostrych krawędzi. Nie powinny być przy tym zbyt duże i luźne, gdyż cierpi na tym pierwsza ze wspomnianych właściwości. Oczywiście, nie trzeba chyba też wspominać o tym, aby nie były porwane, poprzecierane itd. Jest to rzecz, o którą należy dbać, jak o każdą inną, a w razie potrzeby wymieniać.



NAKRYCIE GŁOWY

Ten punkt w szczególności odnosi się do riggerów - choć nie jedynie wprost do nich - którzy czasem zmuszeni są zawisnąć pod zadaszeniem, kilka metrów nad glebą. Jakkolwiek przepisy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy, nawet te ogólne wymagają, aby osoba pracująca na wysokości wyposażona była w kask, to jednak zwykle zdarza się tak, że użycie jakiegokolwiek nakrycia głowy przez riggera jest traktowane opcjonalnie.

Rozporządzenie ministra pracy i polityki socjalnej z dn. 26 września 1997 w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy wymaga stosowania odpowiednich nakryć głowy nawet w przypadku opadów deszczu, nadmiernego zimna lub ciepła. Założę się, że co najmniej połowa czytających te słowa, jeśli nie roześmiała się teraz w głos, to choć się uśmiechnęła. Domniemywam też, że nawet do głowy by Wam nie przyszło jak szczegółowe są owe przepisy i jak wiele sytuacji uwzględniają.

Tak czy owak, ostateczną decyzję co do tego, czy stosować się do tych przepisów czy też nie, domagać się od pracodawcy ich przestrzegania czy też nie, pozostawiam Wam. Innej możliwości, jak tylko apelować do Waszego rozsądku, nie mam. I choć to banał, pamiętajcie o jednym. Zdrowie nie jest czymś, czego nie da się zepsuć albo stracić. Życie też… Przypomniała mi się tu pewna historia, którą widziałem na własne oczy, a która mogła skończyć się tragicznie.

Nie dotyczy ona, co prawda, bezpośrednio bezpieczeństwa riggerów, a raczej tych, co przechodzą pod nimi. Pewnego dnia, w pewnym miejscu, pewnemu riggerowi, który wisiał na konstrukcji i coś tam montował, wyleciał z kieszeni śrubokręt. Poleciał sobie tak ładne sześć metrów w dół, nabierając po drodze sporej energii kinetycznej.

Pech chciał, że akurat w tym momencie dołem przechodził inny technik, bez - jakżeby inaczej - jakiegokolwiek nakrycia głowy. Szczęście w nieszczęściu, że lecący śrubokręt spadał akurat trzonkiem, a nie grotem, w dół. Skończyło się szczęśliwie tylko na pokaźnym guzie, dobrze widocznym dzięki temu, że gość akurat dwa dni wcześniej ogolił tę pustą łepetynę. Czy muszę mówić, jakie skutki spowodowałaby ta obustronna nonszalancja, gdyby narzędzie leciało ostrą końcówką ku dołowi?


WYPOSAŻENIE

W ofercie rynkowej znaleźć można cały wybór produktów, których odbiorcami są riggerzy.

Tu doszliśmy do kwestii narzędzi, a właściwie odpowiedniego ich przenoszenia. Gdyby rzeczony powyżej rigger nie trzymał śrubokręta w kieszeni, a w tzw. pasie monterskim, prawdopodobnie opisane zdarzenie nie miałoby miejsca. Trzymanie narzędzi byle gdzie i byle jak grozi wypadkiem tym, którzy akurat znajdują się i pracują na dole. Pamiętajcie więc o tym, żeby zaopatrzyć się we wspominany pas monterski, choćby i prywatny, na wypadek gdyby pracodawca nie dostrzegał potrzeby wyposażenia Was w niego.

Nie dość, że będzie bezpieczniej, to i z pewnością wygodniej. A przy tym pozwoli uniknąć potencjalnych wyrzutów sumienia, ewentualnie mordobicia… Kolejny akapit odnosi się stricte do riggerów wykonujących prace na wysokości. Chodzi tu bowiem o tzw. uprząż. Ponieważ to ona zapewnia Wam bezpieczeństwo na wysokości tych iluś tam metrów, to jasnym jest, że MUSI spełniać wszystkie, nawet najbardziej rygorystyczne wymagania.

Po pierwsze, musi mieć odpowiednią konstrukcję, to znaczy taką, która zagwarantuje, że użytkownik uprzęży nie wyśliźnie się z niej. Wierzcie mi lub nie, ale widziałem uprzęże tzw. "własnej roboty". Nie daj Wam Bóg zawisnąć w czymś takim np. osiem metrów nad gruntem. W tym temacie powiem jedno - jeśli ktoś lubi mocne wrażenia, niech lepiej idzie do kina. Druga rzecz to jakość materiałów, szwów i połączeń, jak również ich stan.

NIGDY nie wieszajcie się na uprzęży, która podejrzanie trzeszczy, taśmy się prują, zaś całość w ogóle nie napawa zaufaniem. Najsłabszym ogniwem tego łańcucha bywają karabinki. Zwłaszcza jeżeli uprząż ma już kilkuletni staż i swoje wycierpiała. Oczywistym jest, że nie powinny one być powykrzywiane albo poskręcane, i na powrót prostowane. Natomiast jakikolwiek element pęknięty całkowicie wyklucza ów karabinek z dalszej eksploatacji.

Tu sprawdza się ta sama zasada, co w przypadku trussów czy śrub mocujących całość konstrukcji i jej elementy. To, że karabinek wytrzymał ileś tam sztuk, i nic się nie stało, nie znaczy, że ta sztuka nie będzie dlań ostatnią. A jeśli dla niego, to i dla użytkownika. Zmęczenie materiału jest często zupełnie niedostrzegalne - no, może zauważają je jedynie metaloznawcy. Ale ponieważ nie znam ani jednego riggera, który byłby wykształcony w tymże kierunku, to śmiem twierdzić, że ani ja, ani nikt z Was tegoż zmęczenia nie wyczai.



BEZPIECZEŃSTWO KONSTRUKCJI I INSTALACJI

Każdy z tych elementów - taśmy, łańcuchy, haki, szekle - muszą być w nienagannym stanie.

Oczywiście, ogólną odpowiedzialność za bezpieczeństwo montażu konstrukcji oraz instalacji ponosi szef ekipy technicznej, w charakterze której często występuje właściciel sprzętu. Ale zazwyczaj nie ogląda on każdej części, śruby czy wtyku z osobna po każdej sztuce. Dlatego to naszym obowiązkiem jest zgłaszanie wszelkich zauważonych usterek. Niedopuszczalne jest, abyśmy - widząc, że np. śruba mocująca kratownicę ma zerwany gwint albo kratownica jest pęknięta - je przemilczali.

Użycie wadliwego elementu może być bezpośrednią przyczyną osłabienia całej konstrukcji, a w konsekwencji jej uszkodzenia, co z kolei może stanowić zagrożenie życia i zdrowia osób znajdujących się w zasięgu jej "rażenia". A zatem, gdy zauważymy jakieś pęknięcie albo innego rodzaju defekt określonego elementu, zwłaszcza takiego o krytycznym znaczeniu dla bezpieczeństwa, jesteśmy ZOBOWIĄZANI do powiadomienia o tym fakcie swojego przełożonego.

Element, którego nie da się naprawić w sposób gwarantujący przywrócenie parametrów znamionowych, musi być bezwzględnie wymieniony. Tu jednak możemy natknąć się na problem innej natury. Bywa, niestety, że jedyną reakcją jest odpowiedź w stylu "daj spokój, już tyle sztuk na tym zrobiliśmy i nic się nie stało". No cóż, to, że nie stało się nic złego przez sto sztuk, wcale nie znaczy, że nie stanie się na sto pierwszej. Pół biedy, jeśli szef jest osobą odpowiedzialną i świadomą znaczenia swojej roli dla bezpieczeństwa.

Wtedy zapewne da mu się wytłumaczyć sytuację. Gorzej, gdy jest to człowiek zainteresowany wyłącznie tym, aby na konto jak najszybciej spłynął przelew za kolejną imprezę i aby nie inwestować ani złotówki w konserwację sprzętu, na który przecież i tak "już wydał kupę kasy". Jeżeli zatem szef odmówi wymiany nienaprawialnego elementu wówczas dla własnego - i innych - bezpieczeństwa, a także spokoju sumienia należy odmówić wykonania montażu.

Oczywiście, na 99 procent będzie to skutkowało pożegnaniem się z firmą, ale przynajmniej nie narazi nas na bardzo duże kłopoty w razie gdyby coś złego się wydarzyło. Bo już ze 100-procentową pewnością można przyjąć, że jeśli ktoś nie waha się oszczędzać kasy kosztem bezpieczeństwa, nie zawaha się też przerzucić całej winy za zaistniałe nieszczęście na nas, gdy zapyta go o to prokurator. A zapyta na pewno.

Jeśli jednak z uwagi np. na trudną sytuację materialną, gdy dana fucha ma dla nas duże znaczenie ekonomiczne, zdecydujemy się ulec presji i schować sobie swoje zastrzeżenia do kieszeni, powinniśmy chociaż postarać się o świadków tego, że oponowaliśmy. Ważną sprawą jest też odpowiednie zabezpieczenie konstrukcji i zawieszonego sprzętu. Konstrukcja, zwłaszcza jeśli ustawiona została na otwartej przestrzeni, winna być zabezpieczona przed skutkami podmuchów wiatru.

Osiąga się to przez zastosowanie odciągów oraz obciążenie podstawy konstrukcji za pomocą dużych plastikowych zbiorników, które napełnia się wodą, czasem ciężkich bloków z betonu. Należy pamiętać, by liny odciągów były odpowiedniej jakości, wytrzymałości i w dobrym stanie, zaś zakotwiczenie zapewniało utrzymanie całości w pionie. Trzeba mieć świadomość, że cała konstrukcja, wraz z zawieszonymi na niej plandekami, tworzy potężny żagiel. Silniejsze podmuchy wiatru mogą sprawić, że niewłaściwie zabezpieczona zwyczajnie rozsypie się.

Kolejna rzecz to zabezpieczenie zawieszonego sprzętu. Bardzo często widzę, że ciężkie klastry z nagłośnieniem zabezpieczone są zwykłymi taśmami parcianymi. Od ich stanu zależy bezpieczeństwo sprzętu i znajdujących się w pobliżu ludzi. Dlatego należy ów stan kontrolować za każdym razem. Klastry powinny być też w należyty sposób unieruchomione w płaszczyźnie poziomej. Inaczej mówiąc, należy je tak usztywnić, by nie bujały się na boki.

Ich ruch wahadłowy przenosiłby się bowiem na konstrukcję, co wcale jej nie służy. Pomijam tu oczywiste kwestie wytrzymałości konstrukcji, jej obciążenia, zasad korzystania z wyciągarek i zbloczy. Te tematy bowiem, w serii swoich artykułów, omawia Grzegorz Zatorski. Kolejna sprawa dotyczy czynności, które mogą być wykonywane wyłącznie przez osoby odpowiednio przeszkolone. Pierwsza z brzegu, jaką można tu wymienić, to wykonanie instalacji elektrycznej.

Prąd zasilający całość systemu nagłośnieniowego i oświetleniowego ma bardzo duże wartości - porażenie nim może skończyć się śmiercią lub bardzo poważnymi poparzeniami, o uszkodzeniu sprzętu nie wspominając. Całość instalacji musi też być wykonana zgodnie z obowiązującymi przepisami BHP i przeciwpożarowymi. Dlatego właśnie wszelkie podłączenia winna wykonywać osoba posiadająca uprawnienia elektryczne.

Tu nie ma miejsca na błędy - np. niewłaściwe wykonanie uziemienia - i "drutowanie". Ponadto powtarza się kwestia sprawności poszczególnych elementów instalacji. Te, które są uszkodzone i nie można ich naprawić w sposób przywracający i gwarantujący 100-procentową sprawność, muszą być wymienione. Naprawy metodami "chałupniczymi", jak np. zastąpienie bezpiecznika gwoździem, to pierwszy krok do tragedii. Podobnie jak wykonanie naprawy, może i mniej drastycznymi środkami, ale przez osobę niewykwalifikowaną.



KOLEJNOŚĆ PRAC

Klastry powinny być w należyty sposób unieruchomione, aby nie bujały się na boki.

W zasadzie można tu wskazać trzy ogólne reguły na temat kolejności prac montażowych na scenie. Pierwsza, to "od góry do dołu", druga "od najcięższych do najlżejszych", trzecia zaś "od tyłu do przodu". Pierwsza mówi o tym, że najpierw wykonujemy prace związane z tym co ma "wisieć", a więc przede wszystkim sama konstrukcja, nagłośnienie i oświetlenie. Kiedy już wszystko jest zawieszone, można przystąpić do wnoszenia gratów na scenę.

Tu - ale także, w pewnym zakresie, w przypadku "tego, co wisi" - zastosowanie znajdują dwie pozostałe zasady. Oznaczają one mniej więcej tyle, że w pierwszej kolejności wnosimy wszystkie ciężkie graty, typu backline, sidefille itp., następnie monitory, a na końcu lekki asortyment - mikrofony, di-boxy i inne tego typu rzeczy. Jeśli chodzi o trzecią zasadę, to "przód" wcale nie musi oznaczać frontu sceny. Chodzi o miejsce ustawienia rampy, po której sprzęt jest wnoszony. Istotą tej reguły jest to, aby uniknąć lawirowania z ciężkimi "meblami" pomiędzy rozrzuconym po scenie mniejszym sprzętem.

Wszelkie kable najlepiej jest podłączać na samym końcu. Wynika to z dwóch przesłanek. Po pierwsze primo - zmniejszamy w ten sposób ryzyko zaplątania się i potknięcia podczas przenoszenia sprzętu, po drugie primo - przewody nie są narażone na uszkodzenia, przecięcie czy zgniecenie. Ważną rolę w tym wszystkim odgrywa umiejętność współpracy - zwłaszcza gdy montażu i instalacji dokonują różne ekipy - oraz kompromisu. Wiadomo, że każdy chce zrobić swoje jak najprędzej i mieć "z bani".

Taka postawa rodzi jednak konflikty, prowadzi do pyskówek i ogólnie atmosfera staje się nieprzyjemna. Ale dla wspólnego dobra warto jakoś sobie wzajemnie iść na rękę. W ogóle najlepiej jest, jeśli ktoś odgórnie wyznacza harmonogram prac na scenie. Niestety, w Polsce rzadko tak się zdarza. Pozazdrościć tego można np. Niemcom (patrz art. "MFF Berlinale 2009" Marka Witkowskiego w LSP 3/2009). No cóż, wiadomo, ordnung must sein!


UŻYWKI

Hmm… Sam nie wiem, jak Wam to powiedzieć… No nic, zaryzykuję. Póki jesteście na scenie lub w jej pobliżu, sztuka jeszcze się nie skończyła, a do tego trzeba zwinąć graty, NIE WOLNO Wam pić alkoholu, palić jointów, ani wchłaniać innych substancji ograniczających trzeźwość umysłu oraz zdolność ruchową. Na to przyjdzie czas później. Beztroska w tym temacie może Was drogo kosztować - daj Boże, jeśli tylko w sferze materialnej.

Będąc "pod wpływem" łatwo jest popełnić błędy, które będą miały ciężkie konsekwencje, ciągnące się za Wami przez lata. Jako przykład podam historię, o której opowiedziano mi na jednym ze szkoleń. No więc, była sobie impreza. Jak to zwykle bywa, gdy ostatni wykonawca zszedł ze sceny, na zapleczu zapanowało totalne rozluźnienie. Takoż na staku FOH-u i oświetlenia. Panowie od świateł postanowili nie czekać dłużej - bo zapewne bardzo pić im się chciało - i rozpoczęli konsumpcję browaru.

Gniazdo świetlików znajduje się zazwyczaj nad stanowiskiem FOH, i nie inaczej było tym razem. Niestety, któryś z nieostrożnych - zapewne z powodu ilości wchłoniętego już złocistego napoju - zrzucił otwartą puszkę wprost na stojącą poniżej konsoletę Vi6. W efekcie tego wymiany wymagała jedna czy dwie z sekcji tegoż miksera. Uwierzcie mi, że dla winowajcy było to najdroższe piwo w życiu.

Choć i tak szczęście w nieszczęściu, że sprawa dotyczyła tylko uszkodzenia sprzętu. Kosztowność takiego wybryku wzrasta tym bardziej, że choćbyśmy byli zatrudnieni na całym etacie, całkowicie zgodnie z prawem, ze wszelkimi ubezpieczeniami itd., to ŻADEN ubezpieczyciel nie wypłaci odszkodowania za szkody wyrządzone "pod wpływem", czy to alkoholu czy innych substancji odurzających. Koszt zadośćuczynienia spada wówczas całkowicie na sprawcę. Warto?


PODSUMOWANIE

Nie zamierzałem tu nikogo straszyć, ani zniechęcać do pracy na scenie. Wręcz przeciwnie. Moim celem było jedynie zasygnalizowanie pewnych, często zapominanych albo wręcz lekceważonych kwestii tym, którzy dopiero taką pracę zaczynają lub zamierzają zacząć. Po to, aby ta praca, która niewątpliwie jest nietuzinkowa i przynosi wiele satysfakcji, nie stała się dla nich źródłem nieszczęścia, udręki czy wyrzutów sumienia. By się tego ustrzec, wystarczy odrobina wyobraźni i zdrowego rozsądku.

Live Sound & Instalation Newsletter
Krótko i na temat, zawsze najświeższe informacje