Yes, yes, yes… - Koncert brytyjskiej supergrupy w Polsce

2010-01-06
Yes, yes, yes… - Koncert brytyjskiej supergrupy w Polsce

Być może nasz ex-premier Kazimierz Marcinkiewicz, wykrzykując te słowa w Brukseli, chciał przywołać i zaprosić tę słynną grupę do ponownych odwiedzin w naszym kraju… Jeśli tak, to - jako jedna z niewielu rzeczy - udało mu się. No, może nie tyle jemu samemu, co agencji koncertowej Metal Mind Productions z Katowic.

Nagłośnienie skonfigurowano z zestawów liniowych JBL VerTec 4888DP.

W artykule tym postanowiłem połączyć dwa wątki - relację z koncertu z rozmową z Tomaszem Dziubińskim, szefem Metal Mind. Co ma agencja koncertowa do tematyki naszego pisma? No cóż, bezpośrednio być może niewiele, ale chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że każdy koncert ktoś musi zorganizować - załatwić nagłośnienie, oświetlenie, catering, zakwaterowanie, ochronę, biletowanie i dziesiątki innych rzeczy. Szczególnego znaczenia sprawy nabierają w przypadku gości z zagranicy, zwłaszcza gwiazd, które miewają bardzo dziwaczne zachcianki i wymagania.

Praca takowej agencji, mimo że czasem niełatwa, jest zupełnie niewidoczna dla uczestnika koncertu, który przychodzi, słucha, wychodzi i nie zastanawia się kto za tym wszystkim stoi, kto to wszystko poskładał do kupy. Można więc powiedzieć, że agencja koncertowa to szara eminencja tego podwórka. Co stanowi o jej renomie? W zasadzie da się to podsumować jednym słowem: NIEZAWODNOŚĆ. To agencja bierze na siebie odpowiedzialność na przykład za to, że sprzęt, który był wymieniony w riderze, nie przyjechał, bo się zepsuł. Musi więc ona mieć godne zaufania zaplecze. Ale dość marudzenia. Przejdźmy do rzeczy - Yes, Yes, Yes!

GWIAZDA WIECZORU

Zespół Yes określany jest mianem supergrupy. Jest to termin ukuty przez media, a oznacza mniej więcej zespół złożony z samych wirtuozów, instrumentalistów i wokalistów o wyjątkowych walorach wykonawczych, znanych z wcześniejszych osiągnięć solowych czy też współpracy z innymi zespołami. Mianem tym, na przestrzeni lat, określano też między innymi kapele Cream czy Emerson, Lake and Palmer. Grupa Yes została założona w 1968 roku przez Jona Andersona, wokalistę o bardzo charakterystycznym głosie, grającym na harfie, mandolinie i gitarze, oraz basistę Chrisa Squiera.

Jednak o ostatecznym brzmieniu i charakterze muzyki zespołu zadecydowały późniejsze zmiany personalne. Pierwszy gitarzysta grupy, Peter Banks, zastąpiony został przez charyzmatycznego Steve Howe’a, klawiszowca Tony’ego Kaye zmienił za "parapetami" Rick Wakeman, zaś za bębnami, zamiast Billa Bruforda, zasiadł Alan White. W takim też najsilniejszym składzie zespół wystąpił w Polsce poprzednim razem, w roku 2005.

Od tamtego czasu zaszły pewne zmiany. Rick Wakeman zdecydował się na karierę solową, ale znalazł godnego zastępcę - swego syna, Olivera, który także ma swoją własną ścieżkę kariery. Ponoć był taki moment, że miejsce Wakemana seniora chciano powierzyć Vangelisowi. Jednak każdy, kto zna dorobek artystyczny i styl muzyczny jego i grupy Yes przyzna, że byłby to dość niefortunny przeszczep. Z kolei wokalista Jon Anderson, który w ciągu kariery zrobił kilka "skoków w bok", w tym z rzeczonym Vangelisem, od zeszłego roku nie koncertuje z zespołem.

Jak wieść niesie, związane to jest z kłopotami z astmą, choć chyba należy upatrywać tu innych przyczyn - w czerwcu 2009 roku bowiem Anderson wystąpił z solowym programem w warszawskim teatrze Roma. Czyżby zmęczenie zespołem? Podczas tegorocznej trasy, w ramach której odbył się przywoływany tu katowicki koncert, Andersona zastąpił wokalista z Kanady, David Benoit, dotychczas śpiewający w coverbandzie grającym covery Yes.

Przyznam, że lepszego zastępcy długo by chyba szukać. W końcu Anderson dysponuje bardzo charakterystycznym głosem. Jednak podobieństwo głosu Davida zaskoczyło mnie bardzo. Oczywiście, nie jest to idealna "imitacja", ale wyjątkowo zbliżona. Jeśli chodzi o barwę, to w skali do 10 dałbym 9. Większe różnice ujawniają się w warstwie artykulacyjnej, ale i tak, w kontekście całokształtu, są one do pominięcia. Co do koncertu…

Zestawy szerokopasmowe wspomagały subwoofery SRX728S, również firmy JBL, na których ustawione były centerfille, złożone z takich samych modułów VerTec jak system główny. W głębi, mało znane w Polsce, monitory renomowanej firmy Clair Bros.

Zespół wykonał szereg swoich najbardziej znanych numerów, z obowiązkowym "Roundabout" w finale. Ci, którzy dotychczas nie mieli okazji bliżej poznać twórczości Yes, mogli się przekonać własnousznie, że rock progresywny (czy też symfoniczny, jak niektórzy klasyfikują go w przypadku Yes) to nie zabawa dla "gwiazdek z Idola", a do głębi przemyślana, wymagająca nie tylko umiejętności technicznych, ale i wyobraźni, wielobarwna muzyka.

Nic dziwnego więc, że bilety kupili słuchacze świadomi tego, co usłyszą. Nie powiem, że publiczność wypełniła widownię do ostatniego miejsca, bo byłaby to nieprawda. Jednak tym, którzy na koncert przyszli, występ bardzo przypadł do gustu. Ale czemuż się dziwić. W końcu mieli do czynienia z wciąż niezwykle sprawnymi muzykami i, doskonale wiedząc, czego się po nich spodziewać, nie zawiedli się.

Po kondycji muzyków, z oczywistych powodów pomijając tu dwóch z młodego narybku, niemal nie widać upływu lat. Nadal pełni są wigoru i entuzjazmu. Tym większą więc radością było uczestnictwo w koncercie.

OD STRONY TECHNICZNEJ

Nagłośnienie koncertu zrealizowano przy użyciu systemu liniowego JBL, składającego się z dwudziestu modułów VerTec 4888DP - po dziesięć na stronę - wspartego dwunastoma subwooferami SRX728S oraz dwoma dodatkowymi 4888DP w roli centerfillu. Sprzęt ten dostarczyła krakowska firma nagłośnieniowa Prosound. Monitory Clair Bros 12AM, wypożyczone od samej firmy Clair Bros, ekipa Yes przywiozła ze sobą. Podobnie było z mikrofonami i konsoletami. Na froncie pracował Digidesign VENUE Profile, natomiast co na monitorach - tego nie wiem.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to nie była ona jakoś szczególnie rozdmuchana. Ot, kilka elementów scenograficznych w postaci białych ni to parasoli, ni spadochronów, i czegoś na kształt ekranu, oświetlanych ruchomymi głowami typu spot od spodu i od góry. Nad sceną, na równie niewyszukanej konstrukcji, zawieszono zestaw kolejnych headów, zaś w głębi widowni ustawiono cztery followspoty. I to w zasadzie wszystko.

Co do jakości pracy realizatorów, zarówno FOH, jak i świateł, to ja osobiście mam wiele uwag. System dźwiękowy nie został należycie zestrojony, o ile w ogóle ktokolwiek próbował go stroić. Objawiło się to silnym wzbudzaniem niektórych niskich częstotliwości, przy jednocześnie niedostatecznej słyszalności innych, oraz mocno średnicowym, gryzącym wręcz w uszy brzmieniem całości. To był ewidentnie najsłabszy punkt całego show.

Świetlik też nie popisał się inwencją. Jego praca wydała mi się bardzo przypadkowa, bez jakiejkolwiek "myśli przewodniej". Chwilami oświetleniowca porównałbym do dziecka, które dostało nową, skomplikowaną zabawkę, pozbawioną instrukcji obsługi. Dziwi to tym bardziej, że przecież taka kapela, jak Yes, nie musi się zdawać na ludzi przypadkowych, a skoro ktoś z nią po świecie jeździ, to raczej powinien to być spec na jej miarę.

No cóż… To, co zobaczyłem i usłyszałem, ma jednak swoje, mimo wszystko, dobre strony. Okazuje się bowiem, że my, Polacy, w kwestii umiejętności technicznych i kreatywności mamy wiele powodów do dumy i absolutnie żadnych do cierpienia jakichkolwiek kompleksów. I to chyba jedyny, optymistyczny akcent, jeśli chodzi o pracę realizatorów na rzeczonym koncercie. Pod względem organizacji wszystko było tak, jak należy. Jednak w przypadku agencji, która zajmuje się organizowaniem koncertów od ponad dwudziestu lat, i zęby na tym zjadła, to raczej normalna rzecz. Pozwólcie więc, że wątek ten zakończę tak szybko, jak zacząłem. Przejdźmy zatem do drugiego tematu, czyli rozmowy z szefem Metal Mind, Tomaszem Dziubińskim.

David Benoit - godny zastępca Jona Andersona.

ROZMOWA

  • MK: Zacznijmy od początku, a więc kiedy zaczęła się działalność agencji?

TD: To był rok 1986, 87, kiedy… Ale chodzi panu o firmę Metal Mind, czy o organizację koncertów?

  • MK: Podejrzewam, że najpierw była organizacja koncertów, a dopiero później narodziła się firma.

TD: No tak. Na początku działaliśmy zupełnie nieformalnie. Korzystaliśmy z gościny Śląskiego Jazz Clubu, który nas wspomagał od strony formalnej, i pierwsze koncerty, jakie zorganizowaliśmy, to były koncerty zespołów Kat, Turbo, zespołów, których managementy prowadziliśmy na początku.

Tych zespołów było tam paręnaście: między innymi Dragon, Destroyer, Hammer, Stos, Wilczy Pająk. Bardzo miło wspominam tamte czasy, bo gdyby nie Śląski Jazz Club i ich pomoc, to nie mielibyśmy jak tego zacząć.

To była w zasadzie jedyna firma, która rozumiała, o co w tym wszystkim chodzi. Nie było wówczas możliwości liczenia na jakąś Estradę Śląską, czy coś w tym stylu, ponieważ ich takie tematy nie interesowały. I to był jakiś taki pierwszy, poważny początek. Później była pierwsza Metalmania, wymyślona wspólnie ze świętej pamięci redaktorem Zygmuntem Kiszakiewiczem z "Panoramy" oraz Romkiem Radoszewskim z "Wieczoru".

Wymyśliliśmy festiwal, który miał wzmocnić zaplecze polskiego metalu, zacząć ściągać jakieś zachodnie gwiazdy. Wtedy to był czas monopolu Pagartu, no ale jakoś powoli udawało się ten monopol przełamywać. Pierwsza Metalmania wystartowała w 1986 roku, i tak to się wszystko zaczęło toczyć.

  • MK: A jak właściwie Pan zaczynał tę działalność? To był żywioł, czy też miał Pan już jakieś pojęcie o tym?

TD: To właściwie było tak, jakby Pan spróbował z dnia na dzień zacząć pracę w zupełnie nieznanej branży. Tu sytuacja jest o tyle utrudniona, że jeśli chce Pan być inżynierem, to bierze Pan książki, studiuje i się uczy, zdaje Pan egzaminy. Natomiast w tej branży nie ma książek. Wszystkiego człowiek uczy się na własnych błędach. I oby ich było jak najmniej i były jak najmniej kosztowne. Kiedy zaczynałem, to było z dziesięć innych agencji koncertowych, z których tylko nasza działa do dziś.

Inne poupadały, pozmieniały się zainteresowania właścicieli. Z tym jest tak, że albo to się lubi i człowiek, że tak powiem, wkłada w to serce, a dopiero potem ma z tego pieniądze - to nigdy nie jest na odwrót - albo nic z tego nie wychodzi. Oczywiście, każda firma miewa porażki - łaska promotora na pstrym koniu jeździ. W tamtych czasach był problem w ogóle z jakimikolwiek firmami nagłośnieniowymi czy oświetleniowymi.

Była taka firma Henryk Klejna spod Wrocławia. To była pierwsza firma oświetleniowa w Polsce. Mieli tak chyba ze cztery takie statywy, na których stawiało się po dwanaście żarówek i, o dziwo, on oświetlał nawet jakieś trasy pagartowskie, na które przyjeżdżały zachodnie gwiazdy. Takie to były czasy. Z nagłośnieniem był sytuacja troszkę lepsza.

  • MK: A kiedy udało się Wam ściągnąć pierwszego zagranicznego wykonawcę?

TD: Akurat, nomen omen, pierwszy koncert, który planowaliśmy, obok Metalmanii, zrobić sami, to był koncert zespół Sacred Reich. I, niestety, nie wyraził na niego zgody prezydent miasta Katowice. Koncert został odwołany i nie doszedł do skutku. Co prawda, nie miał racji i sąd cofnął jego decyzję, ale było już po koncercie.

Monitory, mikrofony i konsolety zostały przez ekipę zespołu wypożyczone z firmy Clair Bros ze Szwajcarii.

  • MK: To były czasy, kiedy jeszcze Polskę traktowano jako taką egzotykę.

TD: Tak, oczywiście. Te wszystkie zespoły przyjeżdżały wówczas przede wszystkim dlatego, że tutaj miały świetne przyjęcie, reakcję. Wszyscy po prostu chcieli przyjechać. Zresztą tak jest z każdym nowym rynkiem, który chce się zdobyć, zaczepić się. Żeby coś się zaczęło dziać, trzeba najpierw przyjechać. I dopiero wówczas zaczynają się jakieś rozmowy o pieniądzach.

  • MK: Ale generalnie, od początku byliście nastawieni na muzykę rockową, nie żadne tam disco polo?

TD: Tak, przede wszystkim metal, różne formy hard rocka i metalu. To był początek i od samego początku był nacisk na wydawnictwo i koncerty, a także management. To są trzy rzeczy, które kompletują całość. Ale na tym początku, przez kilka lat myśmy tylko sprzedawali licencje do firm państwowych.

Można było wówczas wyprodukować płytę, ale trzeba było jeździć, pukać do drzwi - Polskie Nagrania, Tonpress, Pronit czy tam Poljazz - wydeptywać ścieżki. Ale był to taki czas, że nie było materiału do tłoczenia płyt. Pamiętam, że był taki moment, gdy trzy płyty Turbo wydaliśmy naraz, zebrane z przestrzeni dwóch czy trzech lat, bo akurat sypnęli granulatem do produkcji płyt.

  • MK: Czyli, jako wydawnictwo, nie macie własnego studia?

TD: Nie. Był taki zamysł na początku, ale szybko się z tego wycofaliśmy, bo technologicznie sprawy idą dziś tak szybko do przodu, że musiałaby to być osobna firma w firmie, której interesy niekoniecznie musiałyby być spójne z interesem ogólnym całej firmy. Korzystamy z różnych studiów i z reguły artyści robią sobie płyty tam, gdzie chcą.

  • MK: A nie uważa Pan, że ta galopująca technika, ten kij ma dwa końce? Bo, z jednej strony, gdy coś się nie uda w studiu, to się to maskuje, retuszuje, ale z drugiej, wychodzi później taki "artysta" na scenę i jest klapa.

Głównymi elementami scenografii były podświetlane ni-parasole ni-spadochrony.

TD: Tak, jak najbardziej. Ale muszę powiedzieć, że dzisiaj ciężko znaleźć zdecydowanie kiepskie demówki. Przychodzi ich wiele, i to dobrych. I często żal nam po prostu tych artystów, ponieważ w dzisiejszych czasach największy problem jest w marketingu. Nie tyle w wyłożeniu kasy na studio, co później na reklamę. Ale żeby zespół się przyjął, to musi się ograć, musi mieć dobry odbiór. Powiedzmy sobie, że w muzyce rockowej ten słuchacz nie jest głupi i nie da mu się wcisnąć byle czego.

To jest zupełnie inna historia, niż z jakąś tam Alą Janosz czy inną gwiazdką, dla której się zgoni kompozytorów, oni napiszą numery, które będą lansowane w radio i będą "odbijać" kasę. Co innego jest w przypadku rocka czy metalu, który jeśli nie trafi do publiki, to nie ma siły - można w to wpompować i pół miliona złotych, i nic z tego nie będzie po prostu.

Czasy mamy dzisiaj ciężkie i jeżeli kapela jest dobrze przyjmowana na koncertach, to i sprzedaż płyt jest znacznie łatwiejsza. Zresztą tak to się zawsze działo na całym świecie - najpierw zespoły grały, grały, a dopiero potem wydawały płyty. To tylko u nas dochodziło do takiej paranoi, że zespół zagrał pięć koncertów i wydawał płytę!

  • MK: OK, a co jest najtrudniejsze w tej branży? Chodzi mi o agencję koncertową.

TD: Pozyskanie dobrego imienia. Każdy agent zawsze ma z tym problem. Na to trzeba sobie zapracować. Jeśli się przeżyje na rynku powiedzmy dziesięć, piętnaście lat jako promotor, to wydaje mi się, że połowa sukcesu jest osiągnięta. Przez ten czas ma się okazję współpracować ze wszystkimi liczącymi się agencjami koncertowymi na świecie, i jeśli nikogo Pan nigdy nie zawiódł i zawsze wszystko było w porządku, to po prostu chcą z Panem współpracować.

  • MK: A co do jakości posiadanego sprzętu i specjalistów, to już chyba nie odstajemy od Zachodu? Odnoszę wrażenie, że nasi spece są częstokroć o wiele lepsi.

TD: Tak, jest spora grupa chłopaków, na przykład light designerów, którzy żyją tym programowaniem, wciąż się dokształcają i są po prostu fachowcami w tym, co robią. Kiedyś takich ludzi nie było w ogóle - mamy jakieś światło, to świecimy - zielone, czerwone… [śmiech].

Tomasz Dziubiński, szef agencji koncertowej Metal Mind Productions.

Ale to się pozmieniało, a do tego trzeba pasjonatów. To nie jest rzecz, którą zrobi ktokolwiek. Poza tym, to też trzeba być trochę artystą, żeby to wszystko współgrało z muzyką, a do tego biegłym w tym, co się robi. A żeby być biegłym, to trzeba to robić cały czas, nie dwa razy do roku. Liczy się doświadczenie, które zdobywa się ciężką pracą - trasy, trasy, trasy, praca w teatrze, w telewizji. Trzeba poznać różne możliwości.

  • MK: Jakie plany na przyszłość?

TD: Na styczeń mamy zaplanowane sześć koncertów The Australian Pink Floyd Show. Uważam, ze jest to najlepszy… hm, niektórzy mówią na to "cover band", ale to jest specyficzna rzecz - to nie jest cover band. Cover bandów Pink Floyd jest chyba z pięćdziesiąt, natomiast to jest taka sztuka przez duże S.

  • MK: Klon?

TD: Tak, tak. Dokładnie. Zresztą działający z pełną aprobatą członków oryginalnego zespołu. Będzie łącznie sześć koncertów - cztery w Polsce, dwa w Czechach. Później mamy Jean Michell Jarre’a w Spod ku. On tu przyjeżdża z całą swoją produkcją. Potem mamy zaplanowany szereg koncertów, ale jest jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić. W każdym razie będą to duże imprezy halowe.