Prawie jak Pink Floyd - The Australian Pink Floyd Show

2010-03-16
Prawie jak Pink Floyd - The Australian Pink Floyd Show

Pink Floyd… któż tej nazwy nie zna? Podejrzewam, że jest ona nieobca nawet miłośnikom disco polo i muzyki poważnej. Zespoły o tak znaczącym dorobku i wpływie na całokształt muzyki rozrywkowej w ogóle można policzyć na palcach jednej, najwyżej dwóch rąk. Niestety, Pink Floyd rzadko bywa w naszych rejonach, a właściwie niemalże zupełnie nie bywa. Ostatni raz, geograficznie bliskim nam miejscem - Moskwy do takich nie zaliczam - w którym ta niesamowita kapela zagrała koncert, była Praga. Wydarzenie to miało miejsce 7 września 1994 roku.

No cóż, w tej sytuacji tym, którzy nie mieli możliwości udać się tam, gdzie Floydzi koncertowali częściej, pozostaje słuchać płyt lub udać się na koncert… repliki. Mam tu na myśli zespól o wiele mówiącej nazwie, The Australian Pink Floyd Show. Jego występy w naszym kraju już po raz kolejny zorganizowała agencja koncertowa Metal Mind Productions z Katowic, zaś wspominał o tym jej szef, Tomasz Dziubiński, w wywiadzie opublikowanym w poprzednim numerze naszego magazynu. Pan Tomasz mówił wówczas, że TAPFS nie jest zwykłym cover bandem, czy też tribute bandem, jakich na świecie działa zapewne kilkadziesiąt. Okazja do zweryfikowania tej opinii nadarzyła się 29 stycznia bieżącego roku, kiedy to udałem się na ich koncert w hali warszawskiego Torwaru.

Gareth Darlington - realizator FOH, a prywatnie brat gitarzysty TAPFS, Daniela Darlingtona.

Najpierw jednak kilka słów o bohaterach wieczoru i historii kapeli. Zespól TAPFS powstał w 1988 roku, w australijskim mieście Adelaide. W początkowym okresie działalności znaczył raczej niewiele na lokalnej scenie muzycznej. Ot, taka sobie kapela, przygrywająca bywalcom pubów, wysuszonych australijskim słońcem. Na szersze wody wypłynął dopiero po przebazowaniu do Wielkiej Brytanii. Tam, w 1993 roku, zespól został zauważony podczas konwencji fanów Pink Floyd, które miało miejsce w Wembley.

Druga bytność na tejże konwencji, rok później, zaowocowała spotkaniem muzyków z Ronem Geesinem, współtwórcą albumu „Atom Heart Mother”. Być może to pod jego wpływem na koncert TAPFS w Fairfield Halls trafił Dawid Gilmour, któremu bardzo przypadły do gustu wykonania australijskich Floydow. Koniec końców, zaprosił ich na party kończące trasę „The Division Bell”, na którym to poznali też pozostałych członków PF.

W roku 1996 TAPFS został zaproszony do zagrania koncertu na evencie zorganizowanym z okazji pięćdziesiątych urodzin Davida Gilmoura. Była to dla zespołu wspaniała okazja do „liźnięcia” pracy z technikami Pink Floyd i zagrania na niemal dokładnie tym samym sprzęcie, co wielcy Floydzi. Z powyższej chronologii wynikać jednak może, że członkowie TAPFS nigdy osobiście nie poznali Rogera Watersa, dla niektórych będącego przecież „esencją” Pink Floyd.

KONCERT

Centralny, kolisty ekran, na którym wyświetlane były animacje i filmiki.

Warszawski koncert TAPFS odbył się, jak już napomknąłem, w hali Torwaru. Muszę przyznać, że pod względem akustycznym obiekt ten sporo zyskał po przebudowie. Niegdyś koszmarna akustycznie hala obecnie pozwala osiągnąć całkiem przyzwoite brzmienie. I dobrze, bo stolicy zdecydowanie brakuje obiektów, w których można organizować większe koncerty, nie narażające uszu słuchaczy na rozstrój.

Impreza na pewno nie była klapą finansową. Publika dopisała i choć nie wypełniła hali w całości, to jednak nie można powiedzieć, że wiało pustkami. Stawiając się w tak licznym gronie udowodniła, że muzyka Pink Floyd ma wielu zwolenników w naszym kraju, i to nie tylko wśród starszego pokolenia. Gdyby wyliczyć średnią wieku, to zapewne wypadłaby ona gdzieś około 30-tki. Wśród widzów były bowiem zarówno osoby w wieku lat pięćdziesięciu, jak i nastolatki.

Są rzeczy niepodrabialne. Istnieją ich lepsze bądź gorsze imitacje, ale wprawne oko, nos czy ucho wykryje je bez pudła. Jedną z takich rzeczy jest - w moim przekonaniu - brzmienie gitary i feeling Davida Gilmoura. A ponieważ, jak już kiedyś wspominałem, jestem fanem Pink Floyd, z tym większą ciekawością jechałem na Torwar, chcąc praktycznie zweryfikować mój osąd w tej materii. No i cóż… I, niestety, chyba się nie pomyliłem.

Zestaw oświetleniowy „za plecami” sceny nie był zbyt imponujący.

Owszem to, co reprezentują gitarzyści TAPFS - bo jest ich dwóch: Damian Darlington i Steve Mac - jest zbliżone do oryginału, ale jednak, nie ujmując umiejętności obu panom, zdecydowanie odróżnialne. Przy czym odniosłem wrażenie, że łatwiej jest im imitować grę Gilmoura z wczesnych lat działalności Pink Floyd, niż z czasów nam bliższych. Dowodzi to chyba tego, że styl Gilmoura z biegiem lat wyewoluował do postaci absolutnie nieimitowalnej. No, ale cóż, w końcu wiedziałem przecież, na czyj koncert idę, i cudów nie oczekiwałem.

Generalnie występ był dość udany. Owszem, jedne kawałki wyszły lepiej, inne gorzej. Szczególnie źle wypadł jeden z moich faworytów, jeśli idzie o twórczość PF z okresu „powatersowskim” - Take It Back z albumu Division Bell. Dość przyzwoicie natomiast zabrzmiały takie meganumery jak Shine on You Crazy Diamond (pomijając koszmarnie skompresowane brzmienie solówki) czy też, poprzedzony przelotem wirtualnego śmigłowca i kompozycją The Happiest Days of Our Lives, jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Pink Floyd, Another Brick In the Wall. Koncert zakończył - tak jak i koncerty „oryginału” - bardzo energetyczny i charakterystyczny kawałek Run like Hell.

Pół frontu, czyli dwanaście modułów liniowych Martin Audio W8LC.

Co do repertuaru, to nie mogę tu pominąć polskiego akcentu w całokształcie. Zapewne niektórzy wiedzą, że jedną z „backing vocals”, czyli chórzystek, TAPFS jest pochodząca z Warszawy absolwentka szkoły założonej w Liverpoolu przez Paula McCartneya, Ola Bieńkowska. Śpiewa ona w chórkach TAPFS od ponad czterech lat, wraz z dwiema innymi paniami, w tym jedną czarnoskórą. I kiedy w „jadłospisie” koncertu zobaczyłem The Great Gig In the Sky, byłem - nie wiedzieć czemu - święcie przekonany, że to właśnie ta czarnoskóra wokalistka wykona tę karkołomną wokalizę. A właśnie, że nie… To zadanie powierzono naszej polskiej Oli! Cóż mogę powiedzieć… Serce rośnie, a duma rozpiera. Jej wykonanie było naprawdę pokazem solidnej sztuki wokalnej. Kto na koncercie nie był i nie słyszał, niech żałuje. Kropka.

Muszę powiedzieć jeszcze dwie rzeczy w kwestii przebiegu samego koncertu. Pierwszą należy zaliczyć na ABSOLUTNY plus dla TAPFS-ow, przynajmniej w porównaniu do tego, do czego przyzwyczaili nas nasi rodzimi wykonawcy, drugą zaś, też raczej niespotykaną na naszym estradowym podwórku, zaliczyłbym do kategorii raczej „dziwnych”. Może zacznę od końca. Otóż koncert podzielony został na dwie części, pomiędzy którymi nastąpiła 20-minutowa przerwa. I nie była to bynajmniej przerwa techniczna, spowodowana tym, że coś się sfajczyło, czy też podyktowana koniecznością wniesienia i zainstalowania nowych gratów na scenie, a zwyczajnie „zakontraktowana”. Jak żyję, jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Owszem, przerwy między występami suportu i gwiazdy bywają krótsze i dłuższe, ale żeby przerwa w środku koncertu jednego wykonawcy? Antrakty funkcjonują raczej w operze, ale przecież nie na rockowym koncercie! Być może, mimo wieku, za mało jednak jeszcze widziałem. Chociaż, z drugiej strony, nie było to znów takie złe - przerwa na fajkę, kiedy nie traci się ani odrobiny z występu, zawsze jest mile widziana (zwłaszcza przez palaczy).

Bateria wzmacniaczy Martin Audio.

Druga, a właściwie pierwsza rzecz, o której wspomniałem, to długość koncertu. Uwierzcie mi, że kiedy na początku zobaczyłem „rozkład jazdy”, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Występ zaczynał się o godzinie 20.00, zaś kończył o… 22.55! Odliczywszy 20 minut przerwy zostaje nam 2 godziny i 25 minut grania! Który z rodzimych artystów zagrał ostatnio, albo w ogóle kiedykolwiek, koncert dłuższy niż godzina, max półtorej??? Jestem skłonny podejrzewać, że z długością koncertu właśnie związana była wspominana przed chwilą przerwa.

Nad sceną, na wzór koncertów Pink Floyd, zawisł okrągły ekran, po bokach którego znalazły się dwa półkoliste „subekrany”. Wyświetlane na nich były - w zależności od okresu, z którego pochodziły grane utwory - filmiki, animacje czy też komputerowe fraktale. W pierwszej części koncertu motywem przewodnim animacji była postać kangura (tak myślę, bo jakże by inaczej - w końcu to zespół pochodzący z Australii), który ze swojej szafki wyciągał kolejne płyty Pink Floyd, co, na widok okładek, wzbudzało entuzjazm widowni. Oprócz tego ekrany wypełniały animacje i filmiki w klimacie charakterystycznym dla oryginalnych występów Floydow. Należy przyznać, że pomysł niebywale trafiony i oryginalny. Po przerwie kangur już się nie pojawiał, natomiast można było zobaczyć filmy i animacje pochodzące z teledysków Pink Floyd.

TECHNIKALIA

Idąc na ten koncert, spodziewałem się… Hm, właściwie to sam nie wiem, czego się spodziewałem. Chyba jednak zdecydowanie bardziej „wypasionego” sprzętu. Czegoś, o czym będę mógł tu pisać z wypiekami na twarzy. A tu nic z tych rzeczy. To, przy użyciu czego TAPFS robią swój show, okazało się znacznie skromniejsze niż na niejednym koncercie naszych rodzimych wykonawców. No i co? Okazuje się, że można nawet skromnymi - oczywiście relatywnie - środkami zrobić naprawdę niezłe przedstawienie, i że tak naprawdę liczą się przede wszystkim umiejętności występujących artystów. Ale żeby nie być gołosłownym… Zacznę od P.A. Zarówno ten sprzęt, jak i „szpej” oświetleniowy był wypożyczony od firm rentalowych.

Chórek, czyli backing vocals - z prawej Ola Bieńkowska.

Zespół przywiózł ze sobą zestaw liniowy Martin Audio. Żadnych tam wyczesów w postaci L’Acoustiscs, Meyer czy innego VerTeca. Po dwanaście modułów W8LC na stronę plus po sześć jako outfille. Te zaś, z racji tego, że część widzów zasiadła na widowni położonej powyżej płyty, ustawione zostały na podłożu i skierowane ku gorze. Front i outfill napędzały wzmacniacze Martin Audio. Tuż pod sceną umiejscowiono natomiast dwanaście subwooferów d&b audiotechnik oraz kilka zestawów szerokopasmowych d&b 902-LS, pełniących rolę centerfillu. Realizator FOH, Gareth Darlington (zbieżność nazwisk z jednym z gitarzystów to nie zbieg okoliczności - to bracia), wykonał swoją robotę na konsolecie Yamaha PM5D, wykorzystując ją w zasadzie do cna. O outboardzie w zasadzie nie ma co wspominać, albowiem - z tego, co udało mi się zaobserwować - składał się nań jedynie… analizator widma Klark Teknik DN6000.

Jeśli chodzi o odsłuch na scenie, to zastosowano rozwiązanie mieszane - monitory douszne oraz podłogowe. Do realizacji odsłuchów użyto konsolety DiGiCo SD8.

Jeden z dwóch gitarzystów TAPFS, Damian Darlington - jego outboard jest niemal dokładną kopią tego, jakiego używa David Gilmour.

Równie „skromne” okazało się wyposażenie oświetleniowe. I tak, na obwodzie centralnego, okrągłego ekranu znalazło się szesnaście głów Martin Mac 250 Beam, czyli w rzeczywistości Mac 250 przekształconych w Beam poprzez montaż dodatkowych soczewek. Kolejne dwadzieścia kilka takich samych lamp zainstalowanych zostało na półkolistej konstrukcji ponad sceną. Łącznie wykorzystano niespełna pięćdziesiątych takich samych Beamow. Oprócz tego sześć (tak, tylko sześć!) spotów Martina, tyleż samo stroboskopów Martin Atomic, dwadzieścia kilka blindersów, PAR-ówki, dwa reflektory Novalight Nova-flower oraz dwa systemy laserowe. Obraz na ekranie za sceną wyświetlany był przy użyciu trzech projektorów. Mógł on być generowany osobno dla ekranu środkowego i dwóch po bokach lub jako jedna wspólna treść. Całość sterowana była przy użyciu konsolety GrandMA firmy MAlighting i imageservera. Autorem wszystkich własnych animacji TAPFS jest gość o swojsko brzmiącym nazwisku, Brian Kolupski.

Ciekawostką może być to, że właściwie tylko realizator oświetlenia, Phil White, był w stanie powiedzieć mi cokolwiek o użytym sprzęcie. Co do reszty odniosłem wrażenie, że w zasadzie nikogo za bardzo nie interesuje „co tam wisi i co gra”. Ważne, że gra. Na moją prośbę o udostępnienie listy sprzętu kierownik produkcji odpowiedział mi z rozbrajającą szczerością, że on czegoś takiego nie ma i w ogóle nie wie, czy takowa lista istnieje. Hm, cóż, to chyba taki specyficzny australijsko-brytyjski luz. Warto tu jednak powiedzieć, że mimo tego luzu ekipa techniczna TAPFS to naprawdę dobrze naoliwiona maszyna. Ustawienie całości, od wjazdu na halę, do pełnej gotowości do soundchecku, zabiera jej około pięciu godzin. Wynika to zapewne stąd, że w zasadzie zespół rzadko kiedy koncertuje dwa razy z rzędu w tym samym mieście i wciąż się przemieszcza. Logistyka jest więc dograna do perfekcji.

NA PODSUMOWANIE

Czemu piszemy o takich koncertach? Chyba przede wszystkim dlatego, że o występach gwiazd formatu światowego piszą wszyscy. Może nie do końca pod kątem zaplecza technicznego, ale zawsze. Niemniej jednak chyba warto też od czasu do czasu przeczytać coś o koncercie wykonawcy niszowego. A takim z pewnością jest The Australian Pink Floyd Show. Oczywiście, o pierwowzorze - gdyby wystąpił w naszym kraju - można by pewnie przeczytać w każdej mniejszej i większej gazecie, od Wyborczej, po Przegląd Gospodyń Wiejskich, o ile taki tytuł istnieje. No dobra, może przesadziłem. Ale wszyscy wiemy, jak jest. Myślę więc, że dobrze się dzieje, że zaprasza się do nas takich wykonawców, jak TAPFS. I że istnieje agencja, która z chęcią się tym zajmuje - w tym przypadku Metal Mind Productions. Oby tak dalej.