Ulubiony kiosk PRZEJRZYJ ONLINE WRZEŚNIOWE WYDANIE Live Sound ZAMÓW Z PRZESYŁKĄ GRATIS

Tutoriale

Mikrofony VI Jak używać mikrofonów – fortepian, instrumenty dęte i perkusyjne

Mikrofony VI Jak używać mikrofonów – fortepian, instrumenty dęte i perkusyjne

Dodano: poniedziałek, 11 marca 2013

„Przerobiliśmy” już mikrofony wokalowe, do nagłaśniania perkusji, gitar, instrumentów strunowych, akordeonu i harmonijki.

 

W tym numerze, w ostatnim już odcinku „sagi” o mikrofonach, „na chwilę” zapomnimy o strunach i zajmiemy się drganiem słupa powietrza – co oznacza, że zrobimy mały przegląd mikrofonów do nagłaśniania instrumentów dętych.

Wrócimy jednak też i do drgania strun, bowiem poruszymy niełatwy temat doboru i usytuowania mikrofonów do nagłośnienia fortepianu. Na koniec znów przyjrzymy się instrumentom perkusyjnym – wszelkiego rodzaju kongom, bongosom, kotłom i innym przeszkadzajkom, a także instrumentom „sztabkowym”, czyli marimbie, wibrafonowi i ksylofonowi. Jako się więc rzekło, zacznijmy od

INSTRUMENTÓW DĘTYCH


„Blachy” nagłaśniamy ustawiając mikrofon w kierunku na czarę trąbki, puzonu, waltorni (z tym że w przypadku waltorni włączmy w stole odwracanie polaryzacji), tuby lub saksofonu. Tak po prawdzie saksofony nie należą do instrumentów dętych blaszanych, ale drewnianych, a to dla tego, że liczy się nie to, z czego jest wykonany instrument, ale ustnik. Ale my potraktujemy saksofony na równi z „blaszankami”, bo mają z nimi więcej wspólnego niż z „drewniakami”. Ponieważ poziom ciśnienia akustycznego u wylotu takiej czary potrafi być znaczny, dobrze sprawdzają się tu mikrofony dynamiczne, oczywiście instrumentalne (których już nie będę wymieniał raz kolejny). Aczkolwiek dzisiejsze mikrofony pojemnościowe mają wystarczająco wysoki zakres przenoszonych poziomów dźwięku bez zniekształceń, dlatego można też zastosować odpowiednie mikrofony pojemnościowe.

W przypadku tuby, a nawet puzonu, zupełnie dobrze sprawdzają się mikrofony używane do stopy i kontrabasu. Istnieją też, podobnie jak w przypadku kotłów i pieców gitarowych, mikrofony z serii mikro ze specjalnym klipsem do mocowania go na czarze. Zalety są oczywiste, a każdy komu przyszło dmuchać kilkadziesiąt minut w jakąś „rurę”, trzymając ją cały czas w jednej pozycji, doceni zalety takich mikrofonów jak AKG C418, Shure SM98A czy Sennheiser e806. W przypadku nagrań studyjnych warto jednak posłużyć się żelaznym zestawem mikrofonów pojemnościowych.


Co do instrumentów dętych drewnianych, raczej nie uda nam się skorzystać z mikrofonów, które zapewnią nam stałą odległość źródła dźwięku od mikrofonu. Wykorzystamy więc stojące na statywach dobre mikrofony dynamiczne i pojemnościowe, ale tym razem skierowując je w stronę otworu rezonansowego. Istnieje jeszcze inna możliwość nagłośnienia np. fletu poprzecznego czy prostego. Skorzystać można z wokalowego mikrofonu nagłownego (o którym wspominałem przy okazji omawiania mikrofonów nagłaśniających wokal), który zasadniczo jest umieszczany koło ust, a przy prawidłowym ustawieniu nie przeszkadzając w grze zbierze ładnie dźwięki instrumentu.

Wróćmy teraz do strun, ale nie tych trącanych palcami, kostką czy smyczkiem, ale młoteczkami, a więc rzecz teraz będzie o nagłaśnianiu

FORTEPIANU


Od razu ostrzegam, że nie jest to ani łatwy, ani „przyjemny” instrument do nagłaśniania, szczególnie jeśli gra razem z rozbudowaną i dość głośno grającą orkiestrą lub grupą instrumentów (szczególnie dokuczliwa może tu być perkusja, a także piece gitarowe).


W studiu nie ma większych problemów – otwieramy klapę i ustawiamy dwa mikrofony pojemnościowe nad strunami, skierowując je w dół i nieco na boki, w stronę odpowiednich rejestrów. Na scenie ten numer nie przejdzie, zwłaszcza w sytuacjach opisanych wcześniej, gdy grają głośne instrumenty. Mikrofony pojemnościowe będą niestety „ściągać” również i te dźwięki, i z selektywności brzmienia fortepianu nici. Co więc należy zrobić?

Mikrofony dynamiczne pozwolą nieco odseparować się od tych obcych źródeł dźwięku, ale niestety brzmienie fortepianu nagłaśnianego mikrofonami dynamicznymi dość znacznie odbiega od prawdziwego brzmienia fortepianu. Jeśli mamy instrument wysokiej klasy, np. Steinwaya czy Bösendorfera, i chcemy ukazać piękno jego prawdziwego brzmienia, nie obejdzie się bez mikrofonów pojemnościowych (równie wysokiej klasy). Tylko jak je rozmieścić, aby uniknąć problemu „przecieku” z innych instrumentów? Sposobów jest kilka.

Zacznijmy od tych najprostszych, które pozwolą nam na uzyskanie dość naturalnego brzmienia fortepianu tylko za pomocą jednego mikrofonu. Obie opisane poniżej metody to patenty, które onegdaj na łamach Live Sound International, a także Live Sound Polska „sprzedał” Jack Alexander.

METODA LEWISA

Metoda ta ma zastosowanie w przypadku „pracy” fortepianu na relatywnie cichych scenach. Przykładowo: występy solistów z akompaniamentem na fortepianie, kwartet smyczkowy z towarzyszeniem fortepianu albo akustyczne trio jazzowe z niezbyt „wyrywnym” perkusistą i kontrabasistą (lub inny niewielki band akustyczny) itp. Na pewno nie ma co próbować stosować metody Lewisa do nagłośnienia fortepianu będącego jednym z elementów składowych zespołów popowych, orkiestr symfonicznych (a nawet kameralnych) itp. Opisany poniżej patent możemy bowiem stosować WYŁĄCZNIE w sytuacji, gdy mamy fortepian z otwartą pokrywą, i to na wysokiej podpórce. Na czym polega ta metoda?


Wg Jacka Alexandra trzeba wziąć mikrofon Sennheiser MD 421 zamocowany na statywie trójnożnym, ustawić go możliwe najbardziej równolegle do podłogi i w odległości nie większej niż (UWAGA!) 2 mm od pokrywy. Oczywiście z racji tego, że pokrywa jest otwarta, a więc ustawiona w stosunku do podłoża pod pewnym kątem, ta odległość 2 mm będzie się odnosiła nie do całego mikrofonu, ale do najbliższej pokrywie krawędzi przetwornika (patrz zdjęcie). Mikrofon powinien znajdować się mniej więcej nad strunami wysokich dźwięków. Istotne jest, aby ani mikrofon, ani kabel, ani statyw nie dotykały fortepianu. Poświęcając trochę czasu, aby upewnić się, że mikrofon jest najbliżej klapy, jak to tylko możliwe, uzyskamy – wg. zapewnień Jacka – niesamowicie naturalny dźwięk.

METODA „OTWOROWA”


Jeśli nie mamy komfortu pracy na tak cichej scenie, jak w wymienionych wyżej przypadkach, i gdy pokrywę fortepianu musimy zamknąć całkowicie lub – w najlepszym przypadku – ustawić na krótkiej podpórce, można poratować się tą metodą. Jednak w przypadku naprawdę głośnych scen oraz gdy chcemy uzyskać mocny sygnał fortepianu w monitorach, może i ona okazać się niewystarczająca (co wtedy – opiszę nieco później).


Zaczynamy od ułożenia kawałka gąbki/ pianki na brzegu drugiego lub trzeciego (w zależności od fortepianu) otworu dźwiękowego – są to otwory w metalowej płycie wewnątrz instrumentu. Ustawiamy mikrofon na krawędzi gąbki/pianki, przymocowujemy taśmą, wyprowadzamy kabel z tylnej części fortepianu, nie pozwalając kablom ani taśmie dotykać strun. Jakie znaczenia ma wybór drugiego lub trzeciego otworu? Jeśli mamy do czynienia ze „szlachetnym” instrumentem typu Steinway, Bechstein czy Bösendorfer, trafniejszym może okazać się wybór otworu drugiego. W przypadku tańszych fortepianów, produkcji dalekowschodniej, usytuowanie mikrofonu nad 3 otworem da w efekcie ciemniejsze brzmienie, „uszlachetniające” przeważnie nieco ostrą barwę tych instrumentów. Najlepiej posadzić kogoś przy klawiaturze i samemu „nausznie” (tj. przykładając ucho do jednego i drugiego) przekonać się, brzmienie którego otworu będzie bardziej naturalne.

Jak wspomniałem, „patent” ten działa zarówno przy otwartej, przymkniętej, jak i całkowicie zamkniętej klapie. Co prawda metoda ta nie oddaje w pełni drobnych niuansów brzmieniowych ani pełnego ciśnienia akustycznego, nie można też za jej pomocą nagłośnić fortepianu stereo lub wielokanałowo, a także nie spodziewajmy się powalającego poziomu dźwięku w monitorach, jednak w głośnikach instrument zabrzmi faktycznie jak fortepian, bez konieczności uciekania się do radykalnych ustawień EQ.

Jakie mikrofony można wykorzystać – co ciekawe, w tej funkcji świetnie sprawdza się „stary, dobry” Shure SM57, jak i dobre mikrofony pojemnościowe uznanych firm (np. Audio-Technica AT2035, Sennheiser C 414, Neumann KM84, Oktava 319, itp.).

DWA MIKROFONY, TRZY… DWANAŚCIE


Jeśli jednak przyjdzie nam nagłośnić fortepian w naprawdę głośnym otoczeniu, i do tego będziemy chcieli mieć głośny odsłuch dla pianisty, pomocne może okazać się dołożenie jeszcze kilku „zmyślnie” przyczepionych mikrofonów wewnątrz instrumentu. Pisał o tym szerzej wspomniany już Jack Alexander, a przeczytać o tym możecie (jeśli gdzieś jeszcze natraficie) w 4 numerze Live Sound Polska, tj. w wydaniu wrzesień/październik 2007.

Żeby nie przepisywać tutaj całego tego artykułu, „na szybko” kilka „patentów” zaczerpniętych z niego.


Dołożenie kolejnego mikrofonu wysokiej klasy (np. dynamicznego Sennheiser MD 441 lub pojemnościowego C 414, Electro-Voice RE20, Beyerdynamic M88) na specjalnie wykonanym z taśmy samoprzylepnej moście, jak na zdjęciu, przymocowanego ok. 40-50 cm od strony „basowej” fortepianu, zapewni wyrównane brzmienie dołu i niskiego środka (w porównaniu z bardziej szerokopasmowym brzmieniem mikrofonu z metody „otworowej”). Należy pamiętać, że z dużym prawdopodobieństwem (tak ok. 90%) tak usytuowany mikrofon będzie wymagał odwrócenia polaryzacji w stosunku do sygnału mikrofonu nad otworem 2 lub 3.


Jeśli z kolei chcemy wyłapać nieco ataku (uderzeń młotków) niskich dźwięków, których brakuje w sygnale mikrofonu z „mostka”, to umieszczamy kolejny dobry mikrofon w małym kąciku po basowej stronie fortepianu (patrz kolejne zdjęcie), oczywiście na kawałku gąbki lub pianki.


Jeśli natomiast potrzebujemy mocnego sygnału w monitorach, co niekoniecznie musi iść w parze z bardzo naturalnym brzmieniem, możemy przykleić kawałek gąbki na środku fortepianu, tak daleko od artysty, jak to możliwe (nie dalej niż 50 cm od tyłu instrumentu – im bliżej, tym lepiej). Do gąbki przyklejamy mikrofon i kierujemy bezpośrednio na tylną obudowę, równolegle do płyty dźwiękowej. Zwrócić trzeba uwagę, aby nie zasłonić żadnego z otworów płyty rezonansowej ani nie dotykać strun. Pozycja ta jest tak daleko odsunięta od monitorów, jak tylko można bez „opuszczania” wnętrza instrumentu, dzięki czemu pozwala na „podkręcenie” mikrofonu wyraźnie więcej, niż w innych pozycjach. Preferowany mikrofon to Sennheiser MD 421, jednak jakiekolwiek dobre mikrofony dynamiczne będą sprawdzały się równie dobrze, pod warunkiem że nie będą miały podciętego niskiego środka pasma, co niestety często zdarza się w urządzeniach dostępnych obecnie na rynku.

Jest jeszcze kilka innych pozycji mikrofonów „sprzedanych” przez Jacka Alexandra, które – jeśli czas, możliwości i warunki na to pozwolą – można wypróbować przy nadarzającej się okazji, a o których można przeczytać we wspomnianym wyżej numerze LSP.

INNE POMYSŁY


W sytuacjach „skrajnej rozpaczy”, gdy na scenie jest naprawdę głośno, a pan (pani) za fortepianem domaga się jeszcze więcej swojego instrumentu w odsłuchach, można posiłkować się przetwornikiem kontaktowym, przyczepianym do płyty rezonansowej. Po pierwsze jednak to już nie jest mikrofon (a więc nie jest to w tym momencie „nasz” temat), a po drugie w tym przypadku brzmienie też pozostawia jeszcze wiele do życzenia (chyba że mamy do czynienia z przetwornikami najwyższej klasy, jak np. firmy Barcus Berry).


Lekarstwem na te wszystkie dolegliwości może być specjalny mikrofon, złożony z dwóch miniaturowych przetworników wszechkierunkowych, zamocowanych na specjalnym, teleskopowym pałąku. Jest to urządzenie dedykowane wyłącznie do nagłaśniania/nagrywania fortepianu, wymyślone przez firmę Earthworks, nazwane PM40 PianoMic (prezentowaliśmy go szerzej w numerze 3/2011). Może on pracować również przy całkowicie zamkniętej klapie, praktycznie bez jakiejkolwiek degradacji brzmienia, choć i bez tego zabiegu jego margines od sprzężeń jest imponujący.

Na koniec jeszcze obiecane kilka słów na temat nagłaśniania instrumentów

SZTABKOWYCH ORAZ PERKUSYJNYCH


Konga i bongosy nagłaśniamy tymi samymi mikrofonami, co werbel i kotły perkusyjne, ale do nagrań lepiej (tradycyjnie) zastosować wielkomembranowe pojemnościówki. Do przeszkadzajek, z uwagi na to, że są one rozmieszczone w różnych miejscach, więc ich odległość od mikrofonu będzie różna, stosujemy wyłącznie mikrofony pojemnościowe, najlepiej jeden lub dwa (jeśli zależy nam na rozmieszczeniu poszczególnych instrumentów w panoramie stereofonicznej), zawieszone nad głową perkusisty. Natomiast jeśli chodzi o wibrafon, ksylofon czy marimbę, nagłaśniamy je jednym lub parą (stereo) mikrofonów, najlepiej pojemnościowych, umieszczonych dość wysoko, bo nad głową muzyka, skierowanych oczywiście w stronę środka instrumentu (jeden mikrofon) bądź rozsuniętych względem siebie i osi instrumentu pod kątem ok. 60o. Tak samo sprawa ma się z anonsowanymi wyżej cymbałami (a jak wiadomo cymbalistów było wielu, ale...).

Piotr Sadłoń