Ulubiony kiosk PRZEJRZYJ ONLINE LISTOPADOWE WYDANIE Live Sound PRZESYŁKA GRATIS

Tutoriale

Kryzys... ale jaki? - Zakupy i co z tego wynika

Dodano: środa, 3 listopada 2010

Ten materiał nie jest w całości mojego autorstwa – nad czym bardzo ubolewam. Żałuję, bo jego współautorem jest... życie. Żałuję, że ma ono wciąż powody, by dostarczać podobnych tematów.

 

Siedzę w domowych pieleszach i analizuję miniony rok, w którym, chyba bardziej złowrogo niż kiedykolwiek wcześniej, zabrzmiało słowo „kryzys”. Niestety, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ów rok nie był wcale taki zły, a kryzys, o którym ze wszystkich stron donosiły media, nabiera rozpędu właśnie w roku bieżącym. Sięgam też pamięcią coraz dalej wstecz, oceniając kolejne minione lata z punktu widzenia „branżowego weterana”. Takie miano przypisał mi kiedyś żartobliwie Naczelny, a skoro już słowo zostało rzeczone, automatycznie uznałem ten fakt za nadane mi prawo, by od czasu do czasu pozwolić sobie na małą retrospektywną wycieczkę, no i, jak na „branżowego starucha” przystało, nieco bardziej krytycznym okiem spojrzeć na otaczającą rzeczywistość.

Siedzę więc, jak już wspomniałem wcześniej, rozmyślając o tym, jak to było kiedyś dobrze, a jak dzisiaj jest źle – choć logika wciąż podpowiada, że powinno być na odwrót, bo przecież i sprzętu jest więcej, a i jest on bezsprzecznie lepszy, niż był te dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat temu. Refleksje, które się nasuwają wcale nie są odkrywcze, bo jak się nimi dzielę ze znajomymi (też „staruchami”), to okazuje się szybko, że również i ich takowe przemyślenia nachodzą, może niekiedy nawet częściej, niż mnie.

Skoro więc logika wykrzykuje uparcie jedno, a życie coraz częściej – równie uparcie – udowadnia coś, co jest tejże logice wbrew, to o co tu do cholery chodzi? Może wcale nie o ten sprzęt, tylko o ludzi, których kolejne generacje są coraz bardziej obce utrwalonym w pamięci postaciom z dawnych lat? Tak, z pewnością coś w tym jest.

Absolutnie nie mam zamiaru utyskiwać nad tym, jacy są ludzie, którzy tabunami przewijają się przez branżę – jak wielu wśród tej młodzieży pojawia się ignorantów i bufonów, którzy wygłaszają kategoryczne sądy, oparte na steku niesionych wiatrem bzdurnych teorii. Odkąd pamiętam trafiali do tej branży ludzie z różnymi oczekiwaniami. Wiadomo, ile osób, tyle osobowości, temperamentów i planów. Ludzie są, jacy są – zawsze tacy byli i nie będą nigdy lepsi, a przynajmniej do momentu zanim nie zostaną zmotywowani do tego, że warto się czegoś nauczyć i przyłożyć do pracy. Najlepszą motywacją są, jak wiadomo, pieniądze, adekwatne do nakładu pracy oraz zaangażowania i, co ważne, regularnie wypłacane. Faktem jest, że ludzie byli kiedyś bardziej ze sobą zżyci i szanowali się wzajemnie, mieli też więcej odpowiedzialności i pokory dla wykonywanej pracy, a przecież kiedyś firmy nagłośnieniowe również rywalizowały ze sobą o intratne zlecenia. Inną sprawą jest to, że firm nagłośnieniowych było znacznie mniej, a każda znała swoje „miejsce w szeregu”. Miejsca te znali także organizatorzy imprez, wiedząc dokładnie jakie możliwości prezentuje każda z działających na rynku firm. Sprzęt – no cóż – był, jaki był. Zwykle daleko odbiegał jakością od tego, na jakim w tym samym czasie pracowano już w zachodniej Europie. Powód był prozaiczny – nie można było kupić wtedy sprzętu tak, jak robi się to dziś, czyli u lokalnego dystrybutora danej marki, bo tych zwyczajnie nie było.

Kiedy zaczęły powstawać prywatne firmy nagłośnieniowe i oświetleniowe, ich właściciele musieli wszystko sobie we własnym zakresie organizować, sprowadzać, no i płacić dolarami, których oficjalnie również nie było. Pomimo całej anomalii socjalistycznego ustroju, wiele rzeczy funkcjonowało jednak zupełnie normalnie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że normalniej, niż ma to miejsce obecnie. Jeśli pamięta ktoś czasy, do których nawiązuję, to powinien pamiętać to, że choć nie było faxów ani telefonów komórkowych logistyka funkcjonowała bez zarzutu. Wiele osób z pewnością pamięta także i to, że pieniądze za koncert dostawało się żywą gotówką i bardzo często jeszcze przed jego rozpoczęciem. Przypominam raz jeszcze, że były to przecież czasy, w których o wolnym rynku nikomu się nawet jeszcze nie śniło!

Problem w tym, co kupić, bo przecież oferta dostępnego na rynku sprzętu jest bardzo bogata.


Wraz z nastaniem demokracji i gospodarki wolnorynkowej zaczęły pojawiać się kolejne przedstawicielstwa uznanych w świecie producentów sprzętu. Na pozór sytuacja wydawała się normalnieć, bo wreszcie bez karkołomnych kombinacji i zabiegów każdy mógł kupić w kraju konsolety, okablowanie, mikrofony, a nawet kompletne systemy. Jedynym problemem jaki pozostał, było zdobycie środków na zakup sprzętu. Z czasem jednak i temu udało się skutecznie zaradzić. Słowo „problem” zastąpiło słowo „leasing”. Skutkiem tego rozwiązanie problemu jednych przysporzyło wielu problemów innym, zwłaszcza tym firmom, które przetrwały trudne czasy socjalizmu i przez lata wypracowały sobie dobrą reputację na rynku.

Powstające, wręcz lawinowo, „firemki” przyczyniły się do dewaluacji wartości świadczonych usług oraz degradacji rangi zawodu realizatora i technika. Tak więc ów kryzys, wokół którego zrobiło się ostatnio bardzo głośno, jest w naszej branży również efektem długoletniego, konsekwentnie uprawianego przez niektóre firmy procederu.

U progu nowego sezonu zaczyna się gorączkowe liczenie spodziewanych zysków. Każdy ma ich własną wizję, opartą na mniej lub bardziej realnych założeniach, więc... liczy, choć są to póki co tylko wirtualne pieniądze. Gotówka, lub choćby tylko perspektywa jej rychłego przypływu, zdecydowanie poprawia nastrój każdemu. Pozwala też optymistycznie spojrzeć na świat, a przy takim nastawieniu do życia plany wielkich zakupów układają się praktycznie same. Klamka więc zapada – trzeba koniecznie kupić coś nowego, by podnieść atrakcyjność oferowanej aparatury. Każdy jest o tym święcie przekonany, a w przekonaniu tym często utwierdzają go dobiegające ze wszystkich stron głosy, że konkurencja planuje, bądź poczyniła właśnie, takie czy inne zakupy.

Podjęcie decyzji o zakupie przychodzi stosunkowo łatwo. Problem jednak w tym, co kupić, bo przecież oferta dostępnego na rynku sprzętu jest bardzo bogata. To kusi i to nęci, jedno by się chciało mieć, a tu inne z posiadanych urządzeń najwyższa pora już wymienić na nowe. Do tego każdy z dystrybutorów oferuje korzystne warunki zakupu i tak oto ekscytująca radość z planów zakupowych zamienia się w chwile pełne frustrującego niezdecydowania. Dramaturgię dodatkowo potęguje fakt, że zakup czegokolwiek zbiega się zawsze w czasie z najmniej po temu odpowiednią sytuacją finansową. To jednak nie jest jeszcze najgorsze. Tak się niestety pechowo składa, że w tej branży nic, co potrzebne w pracy, nie jest tanie.

Jeśli więc zakup (zwłaszcza ten skredytowany) oparty został na błędnych założeniach, przypuszczeniach zamiast realnej kalkulacji lub, co gorsza, na zazdrości i ambicjonalnych rozgrywkach z konkurencją, to po jego zrealizowaniu trudno jest kupić w niedalekiej przyszłości kolejne potrzebne urządzenia. Do tego trzeba jeszcze spłacać to, co kupione pod wpływem emocjonalnego impulsu, i nie tylko nie przynosi spodziewanego zysku, ale nie zarabia nawet na własną spłatę. Jeśli jakaś firma w normalnych warunkach planuje jakiekolwiek inwestycje, to nadrzędną czynnością staje się pozbawione emocji i pośpiechu przeanalizowanie faktycznych potrzeb i możliwości, uwzględniające określenie własnego „miejsce na Ziemi”, a więc rozważenie realnych oczekiwań sektora rynku, w którym – póki co – firma zdecydowała się funkcjonować. Nie trudno odgadnąć, że zupełnie inne będą potrzeby firmy nagłośnieniowej o lokalnym zasięgu, obsługującej okolicznościowe imprezy, miejskie festyny i zapewniającej nagłośnienie lokalnym zespołom występującym w klubach. Zupełnie też inne będą potrzeby dużej firmy, która obsługuje trasy koncertowe, festiwale oraz koncerty znanych, rodzimych i zagranicznych wykonawców. Nie chodzi tu o ilościowe relacje, choć po części i o te również. Przede wszystkim chodzi tu klasę sprzętu, bo ta ma zawsze swoje odzwierciedlenie w jego kosztach.

Oto konkretny przykład. Mój szwedzki kolega jest właścicielem działającej lokalnie firmy. Jak sam realnie określa, jest on w stanie zapewnić nagłośnienie koncertu rockowego w plenerze, dla widowni nie przekraczającej 4 tysiące ludzi. Jednak tym, co robi najczęściej, i to w sporej ilości w skali roku, są koncerty w klubach. Podstawowym system w jego firmie jest aparatura Renkus-Heinz, a sztandarowe konsolety to dwa stare analogi – Crest Centurion oraz monitorowa Yamaha PM 2800. Po co o tym piszę? Nie bez przyczyny. Otóż podczas jakiejś mailowej wymiany zdań na temat sprzętu, gdy zapytałem czy nie pora pomyśleć już o wymianie stołów, padła spod jego palców ciekawa teoria. Posiadany Crest jest wspaniałą konsoletą, która spełnia wszelkie wymagania stawiane przez sektor rynku, w którym on działa. Jedyny jej mankament to brak grup VCA. Fakt ten wcale nie oznacza, że mój znajomy nie lubi czy też nie chce mieć konsolety z grupami VCA. Przeciwnie, chciałby bardzo, ale w jego realiach konsoleta typu Heritage 3000 czy Yamaha PM 4000 nie zarobi na siebie. Takie są realia i musi się z nimi pogodzić. Jeśli więc trafia mu się koncert artysty, którego realizator bezwzględnie wymaga konsolety z grupami VCA, a to zdarza się 2-3 razy w roku, to konsoletę taką wypożycza od większej firmy, znajdującej się kilkaset kilometrów od jego miasta. Tego typu posunięcie nie jest w jego przypadku przyczyną cierpienia jego własnego ego, a co istotne jest bardziej korzystne ekonomicznie, niż zakup konsolety dużego formatu. Tak planują firmy w normalnych realiach.

Tak się niestety pechowo składa, że w tej branży nic, co potrzebne w pracy, nie jest tanie.

U nas, gdzie prawie nic nie odbywa się normalnie, mechanizm zakupowy nakręcany jest w wielu przypadkach hodowaną na ambicjonalnych rozgrywkach zazdrością i zawiścią, wymierzoną przeciw konkurencji. Trzeba zrobić koniecznie coś, żeby tylko konkurencję „zabolała wątroba”, i zrozumiała ona, że nawet przez moment nie może poczuć się bezpiecznie. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że gros tego typu działań kierowanych jest przez małe firmy przeciw tym, dla których pozycji od dawna (choćby z racji finansowych możliwości) nie są w stanie zagrozić. Tym samym nie mają też potencjału, aby im stworzyć konkurencję opartą na zdrowych zasadach fair play. W tym momencie przypomina mi się porównanie, którego z upodobaniem używał jeden z filmowych bohaterów, które brzmi następująco: „zobaczyła żaba, że konia kują, i też nogi nadstawia”.


Pamiętam jak kiedyś, kontaktując się w sprawie sprzętu w różnych miejscach kraju, słyszałem od razu na początku rozmowy zapewnienie typu: „my mamy taki sam sprzęt, jak Fotis”. Niestety, kiedy z mojej strony padało stwierdzenie, że wiem czym dysponuje firma Fotis Sound i dlatego proszę o uściślenie, o jakim systemie mówimy, mój rozmówca zwykle zaczynał „plątać się w zeznaniach”. Epizod ten przytaczam w konkretnym celu. Jest to bowiem przykład procesu, w wyniku którego zachodzi zjawisko postępującej degradacji rynku. Jeśli pada stwierdzenie, że „mamy taki sam sprzęt jak firma X”, a tu zwykle następuje porównanie do największej firmy w kraju, to organizator imprezy czuje się ze wszech miar usprawiedliwiony co do podjętej decyzji o wyborze firmy nagłośnieniowej. Usprawiedliwiony jest on tym bardziej, że za wynajem sprzętu właściciel oczekuje od niego przysłowiowej „czapki gruszek”.

Aby dorównać największym, małe (niekiedy jedynie sezonowo działające) firemki, które nagle zapragnęły być potentatami na rynku nagłośnieniowym, postępują w myśl znanej zasady: „zastaw się, a postaw się”. Niektórzy, zastawiając się, wykraczają daleko poza granice zdrowego rozsądku oraz własnych realnych możliwości, a gdy w pewnym momencie okazuje się, że firma nie jest w stanie udźwignąć przyjętych zobowiązań zaczyna się rozpaczliwe szukanie wyjścia z trudnej sytuacji. Pierwszy krok to najczęściej zaniżanie ceny usług i „wyrywanie” roboty wszystkim dookoła. Do tego oczywiście jest dorabiana oraz rozgłaszana wszem i wobec odpowiednia ideologia, u której podstaw leży usprawiedliwianie własnych poczynań rzekomą polityką całej konkurencji, która dampinguje ceny. Prawda jest jednak taka, że najgłośniej i najczęściej o zaniżaniu ceny usług krzyczą ci, którzy sami z upodobaniem uprawiają ten proceder – nie zważając na to, że podcinają gałąź, na której również oni sami siedzą.

Jeśli wchodzę na stronę firmy „Audio Rent-Clair Bros” i czytam, że wypożyczenie konsolety Midas H-3000 to koszt 1.200 CHF, RAMSA S-840 to tylko 450 CHF, ale już VISTA 5 to aż 4.000 CHF, to krew mnie zalewa, bo przecież to tylko sama konsoleta, a gdzie cała reszta?! Za skalkulowaną w realny sposób cenę wynajmu konsolety tam, u nas wynajmuje się często kompletny system PA, z konsoletą podobnej klasy oraz ekipą do obsługi. Midas, Soundcraft, Meyer czy jakakolwiek inna marka ma przecież w walucie wymienialnej taką samą cenę producenta dla Anglika, Niemca, Szwajcara i Polaka! Skąd więc biorą się aż takie dysproporcje?

W tym momencie natychmiast nasuwa się pytanie – czy u nas nie mogą funkcjonować ceny zbliżone do tych w cywilizowanej Europie? Oczywiście, że mogą, a raczej mogłyby, gdyby nie jedna drobna, ale za to jakże istotna przeszkoda, o której wspomniałem wcześniej. Degradacja zdrowych relacji na polskim rynku jest już bardzo mocno zaawansowana, a co gorsza jest to też niestety proces nieodwracalny. Funkcjonuje na nim bowiem zbyt wiele przypadkowych firemek, które, jak długo będą mogły, zrobią wszystko, żeby się na nim utrzymać. Jeśli za biernym przyzwoleniem ogółu doprowadzono do sytuacji, w której usługi świadczone są przez niektóre firmy na granicy opłacalności lub – jak ktoś to ładnie określił – „nie zamykają się finansowo”, to czego można oczekiwać w najbliższej przyszłości? Doprowadzono już do sytuacji, w której niektórzy właściciele sprzętu nawet nie wspominają organizatorowi o noclegu dla ekipy, a wszystko jedynie po to, żeby tylko być konkurencyjnym i zagrać o jedną imprezę więcej. Zmuszona do koczowania nocą w ciężarówce lub pod sceną ekipa, z racji faktu, że majowe noce bywają jeszcze dość chłodne, rozpija flaszkę, a po niej kolejną, itd. Po tak spędzonej nocy fizyczna zdolność do pracy jest zwykle mocno nadwątlona, a i zapał jakby gdzieś ulatuje. Cóż zrobić – życie... Organizator dostaje w tej sytuacji gotowy argument, by nie zapłacić lub zapłacić jedynie częściowo, ale ostatecznie z usług firmy nie rezygnuje, bo nikt inny nie zgodzi się na wynajęcie aparatury za tak małe pieniądze. Z całej tej sytuacji chyba tylko organizator wychodzi obronną ręką, bo chyba tylko jemu rachunek się zgadza, a o tym, że artyści narzekali, a publiczność była zniesmaczona faktem, że pijany w trupa realizator wypadł wraz z krzesłem ze swojego namiotu pomiędzy rzędy widzów – wszyscy szybko zapomną.

Rabunkowa polityka świadczenia usług na granicy ich realnej opłacalności sprawia w krótkim czasie, że zaczyna brakować środków na systematyczne opłacanie ekipy. Kiedy po kilkunastu tygodniach czekania i wielu telefonicznych monitach udało mi się wreszcie wyegzekwować zarobione pieniądze od właściciela jednej z firm, ten oświadczył mi, cytuję: „Że stawiam go pod ścianą, nie licząc się z tym, że ma rachunki do zapłacenia, i dlatego nigdy już nie zleci mi żadnej pracy. Ma zresztą ludzi tańszych i bardziej cierpliwych, którzy zgadzają się czekać na pieniądze tyle, ile trzeba”. Nie bardzo rozumiem, co znaczy określenie „ile trzeba”? Nie bardzo rozumiem też czym uwarunkowana jest ta „konieczność” czekania? Na podstawie obserwacji otoczenia zrozumiałem natomiast doskonale, że zależność wyrażająca się relacją: „jaka płaca, taka praca” potwierdza się tu w 100%. Cóż, wypada tylko pogratulować tak wyrozumiałej i wspaniałomyślnej ekipy.

Istnieje jednak jeszcze inna zależność, o której ten pan zapomniał: „jedni są lepsi, a drudzy są gorsi, a gorsi są tańsi, a lepsi są drożsi”. Wcale nie mam tu na myśli jedynie umiejętności i wiedzy, ale tak zwany całokształt, a zwłaszcza odpowiedzialność oraz szacunek dla własnej i cudzej pracy. Istnieje jeszcze jeden aspekt tego problemu. W znacznej części za to, co się dzieje winę ponoszą niektóre agencje, organizatorzy imprez oraz sami artyści, którzy zgadzają się na przypadkowe sytuacje.

Oto kolejny przykład. Spotykam znajomego organizatora, a ten zaczyna wylewać żal, bo firma, którą zatrudnił prawie „położyła” mu imprezę. Facet jest wyraźnie rozżalony, a z jego ust padają same oskarżenia, bo dostarczyli mu inny sprzęt, niż wcześniej obiecali, bo nie było ani jednego człowieka z tych, których życzył sobie do obsługi, bo na scenie nie było nikogo z ekipy, gdy byli potrzebni, a na dodatek pijany oświetleniowiec co chwilę przysypiał na konsolecie. Wobec powyższego zadałem mu proste pytanie – dlaczego? Dlaczego świadomie skazuje się na tak traumatyczne doświadczenia, zatrudniając tę firmę? Przecież ktoś inny może obsłużyć imprezę na profesjonalnym poziomie, oszczędzając mu stresu. Odpowiedź była taka, jakiej mogłem się spodziewać. Otóż za dźwięk, światło i backline płaci tej firmie tyle, ile w każdym innym przypadku musiałby zapłacić za sam dźwięk, a te „drobne mankamenty” typu znikająca ekipa czy pijany „świetlik” są powodem do nałożenia tak zwanej kary umownej czyli, mówiąc wprost, „obcięcia” i tak symbolicznej kasy. Czy potrzebny jest tu jakikolwiek komentarz? Myślę, że jest potrzebny! Przecież ten sam organizator, jeśli popsuje mu się ząb szuka pomocy u stomatologa. O nie, jestem pewien, że nie u pierwszego z brzegu, którego gabinet napotka w książce telefonicznej lub internecie! Jestem pewien, że najpierw zasięga opinii znajomych, aby usłyszeć ich rekomendacje, bo przecież musi to być fachowiec, który ulży w cierpieniu i rozwiąże problem, lecząc ząb szybko, skutecznie i bezboleśnie, co raczej nigdy nie oznacza, że tanio.

Na zakończenie chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do porównań, tych samych, do których ciągle jeszcze z upodobaniem uciekają się niektóre małe firmy. Stwierdzenie typu: „mamy taki sam sprzęt, jak firma X” ma oczywiście na celu podniesienie prestiżu firmy w oczach ewentualnego klienta. Niestety, jeśli nawet firma posiada sprzęt tej samej marki, to zwykle ma go zbyt mało, by sprostać przedsięwzięciu, którego się podejmuje. Spójrzcie na zdjęcie poniżej . To jakże poczciwe i sympatyczne zwierzę ma przecież takie same chrapy, uszy oraz cztery nogi, jak koń czystej krwi arabskiej czy angielskiej. Być może też w swoim oślim łbie pielęgnuje przekonanie, że jest zdolny konkurować w gonitwie z najlepszymi wierzchowcami. Kto gotów jest na niego postawić?

 

 

 

 

 

autor: Marek Witkowski