Ulubiony kiosk PRZEJRZYJ ONLINE WRZEŚNIOWE WYDANIE Live Sound ZAMÓW Z PRZESYŁKĄ GRATIS

Tutoriale

Jeszcze o głośnym graniu - kiedy

Jeszcze o głośnym graniu - kiedy "głośno” znaczy „za głośno”

Dodano: poniedziałek, 21 stycznia 2013

Przeglądam sobie leniwie wrześniowy numer LSI, żeby się zorientować, o czym tam ludziska piszą, otwieram go raz po raz na jakiejś przypadkowej stronie, czytając pobieżnie wybrane fragmenty, i oto nagle moją uwagę przyciąga na dłużej pewien tekst.

 

Czytam z coraz większym zainteresowaniem i powoli zaczynają mi się nasuwać zabawne skojarzenia z tekstem pewnej kultowej już chyba piosenki: „co to za pan tak kulturalnie opowiada (...) co to za ton (...) i jakie mądre przekonania...”

Przerzucam szybko kartki do początku artykułu, żeby sprawdzić kto jest autorem tych pięknych, pełnych głębokiej mądrości słów, i co widzę...? Marecki!

Ave Marecki! Z tej oto linijki tekstu pozdrawiam Cię najserdeczniej, jak tylko potrafię! Od razu też wyjaśniam, że nie mam złych zamiarów i nie będę krytykował tego, o czym napisałeś. Wyjaśnienie składam profilaktycznie, żeby wszyscy mieli jasność co do moich intencji, bo ostatnio jakimś dziwnym trafem dzieje się tak, że niektórzy odczytują je opacznie i reagują alergicznie na wszystko, o czym mówię.

Na temat, który uprzejmy byłeś poruszyć, sam pisałem kilkakrotnie, a było to ładnych parę lat temu. W miarę upływu czasu znacznie zweryfikowałem swój pogląd na problemy, które poruszyłeś – stąd chęć ustosunkowania się do Twojego artykułu. Tu pewna uwaga adresowana do Ciebie. Jak konsekwentnie i chyba z pewnym zaniepokojeniem powtarza moja żona, nie w każdym przypadku jest tak, że człowiekowi z wiekiem przybywa rozumu. W niektórych szczególnych przypadkach proces ten ma skutek wręcz odwrotny, a moja skromna osoba jest podobno dowodem na prawdziwość tejże tezy. Choćby już tylko ten fakt daje pełne prawo, żeby się ze mną w wielu kwestiach nie zgodzić, a jeśli do takich wniosków dojdziesz, to zapewniam, że nie będę miał Ci niczego za złe.

Oczywiście zgadzam się z Tobą co do części omówionych problemów. Jest jednak pewne „ale” – to o czym napisałeś, a więc cała ta sfera teorii i zasad z niej wynikających, jest bardzo często światem pobożnych życzeń i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Powiem więcej, są to dwa różne, obce sobie światy, które nie tylko nie potrafią wspólnie koegzystować, ale w wielu przypadkach usiłują wzajemnie się zwalczać! Sytuacja jest kuriozalna, bo niby wszyscy wiedzą o tym, jak być powinno, ale jeśli po te same argumenty sięgasz w konkretnej, życiowej sytuacji, to nagle okazuje się, że nikt nie rozumie, o czym mówisz.

Piszesz o głośnym graniu, o tym, że ludzie niekiedy wychodzą z sali, trzymając się za uszy, itd. O.K. zgoda, tylko najpierw ustalmy, co rozumiemy przez stwierdzenie „za głośne” granie. W którym momencie dany materiał muzyczny jest „za głośny” i dla kogo? Przy jakiej wartości SPL (bez zagłębiania się w wagi i inne detale pomiarowe) jest jeszcze cicho, a od jakiej wartości zaczyna już być zbyt głośno? Czy można na te pytania precyzyjnie odpowiedzieć? Raczej nie można...! Odczucie głośności jest bowiem pojęciem względnym i bardzo subiektywnie odbieranym przez każdego człowieka. Co do muzyki, to sama w sobie słuchu raczej męczyć nie powinna. Takie przynajmniej są założenia, bo jest ona jedną z dziedzin tzw. sztuk pięknych, a jej celem jest oddziaływanie na świadomość słuchacza. Z założenia też ma ona wpływać na psychikę człowieka, wyzwalając u niego pozytywne emocje. Zmęczenie słuchu powodowane jest hałasem. Zgadza się?

A właśnie, że się nie zgadza! Ba, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to, co właśnie powiedziałem, jest kompletną bzdurą! Wystarczy tylko sięgnąć po encyklopedyczne definicje muzyki i hałasu, by się o tym przekonać. Oto i one:

Muzyka – sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie. Jedna z dziedzin sztuk pięknych, która wpływa na psychikę człowieka przez dźwięki. Struktury dźwiękowe składają się z zestawów fal akustycznych o odpowiednio dobranych częstotliwościach i amplitudach oraz ciszy pomiędzy nimi. Celem muzyki jest oddziaływanie na świadomość słuchacza. Jest zjawiskiem odbieranym subiektywnie, zależnym od indywidualnych skłonności, wcześniejszych doświadczeń, społecznych kryteriów wartości, aktualnego nastroju i wielu innych czynników.

Hałas – dźwięki zazwyczaj o nadmiernym natężeniu w danym miejscu i czasie, odbierane jako: „bezcelowe, następnie uciążliwe, przykre, dokuczliwe”. Reakcja na hałas w dużym stopniu zdeterminowana jest nastawieniem psychicznym. Na ochronę przed hałasem organizm zużywa ogromne ilości energii. Do hałasu nie można się przyzwyczaić i jeśli nawet nie odbieramy go świadomie, to „zawsze przeżywamy go najgłębiej”, a zamiast przyzwyczajenia co najwyżej następuje „adaptacja patologiczna”. Przyczyną hałasu mogą być dźwięki zarówno intensywne, jak również wszelkiego rodzaju niepożądane dźwięki wpływające na tło akustyczne, uciążliwe z powodu długotrwałości, jak na przykład stały odgłos pracujących maszyn lub muzyki.

Nietrudno chyba zauważyć, że obie definicje mają mnóstwo zbieżnych punktów. Nietrudno też spostrzec, że jest tu sporo przewrotności, bo to, co dla jednej osoby jest muzyką, przez inną może być odbierane jako hałas, czyli zjawisko uciążliwe, będące źródłem przykrych doznań. Może też być odwrotnie – to, co pewna grupa słuchaczy oceni jako hałas, inna grupa słuchaczy uzna za relaksacyjną stymulację, ułatwiającą rozładowanie wewnętrznych napięć i emocji. Jednoznaczne nakreślenie granicy pomiędzy muzyką i hałasem jest bardzo trudne, a w wielu przypadkach staje się wręcz niemożliwe, ponieważ każda osoba ustala ją według własnych, czysto subiektywnych kryteriów. Jeśli jakaś osoba przyjdzie na przypadkową imprezę, bo akurat odbywa się ona w jej miejscowości, a wstęp na tę imprezę nic nie kosztuje, i jeśli trafi tam na kapelę grającą gatunek muzyki, którego osoba ta nie znosi, to każdy poziom SPL będzie działał na tę osobę irytująco.

W przypadku koncertów czynników wpływających na przyswajanie muzyki z przyjemnością lub kompletne odrzucenie tego, co wydobywa się z głośników, jest sporo. Jeśli mamy przejrzysty materiał muzyczny, selektywny miks oraz poprawnie działający system PA, to jest to już dobry punkt wyjściowy na drodze do sukcesu. Jeśli natomiast aparatura nie została odpowiednio wystrojona lub chrypi resztkami sił, bo jest jej za mało na potrzeby danego miejsca i charakteru imprezy, to mamy tu również dobry punkt wyjściowy – w tym akurat przypadku do spektakularnej klęski.

Pamiętać należy też i o tym, że przyczyn totalnego chaosu – oprócz tych, które wymieniłem powyżej – bywa znacznie więcej. Są przecież jeszcze ludzie na scenie, którzy do tego ogródka również dorzucają własne kamyki, a niekiedy wręcz ogromne głazy! Oto kilka takich „głazów”, które moim zdaniem w istotny sposób przyczyniają się do potęgowania chaosu. Pomijam tu fakt, że bywają też powodem do bezsensownych dyskusji i nerwowych momentów podczas próby oraz słownych utarczek po koncercie.

Brak pomysłu „na siebie”. To jedna z przyczyn problemu. Młodzi wokaliści czy instrumentaliści nie zawsze mają pomysł na to, co próbują robić. Nie starają się postępować w myśl zasady: „jestem Pan X i gram (lub śpiewam) w swoim stylu, który mnie wyróżnia”. Ktoś postanawia, że będzie śpiewał jak Al Jarreau, Cobain, Hetfield czy Rysiek Riedel. Ktoś inny, że dokładnie i co do dźwięku będzie wymiatał na gitarze jak Eddie Van Halen, Zakk Wylde lub Steve Vai. Jakaś kapela wpada na pomysł, że będzie brzmiała jak Megadeth, RHCP lub też jak Diabeł jedyny wie kto jeszcze...

Oczywiście do głowy nikomu z nich nie przyjdzie myśl, że w znacznym stopniu zasługą brzmienia tej czy innej kapeli są muzycy. Jeśli posłużyć się przykładem RHCP, to ich brzmienie nie przyleciało z wiatrem. Takie, jakim je znamy, nie jest również dlatego, że kilku kolesiów wpadło na pomysł, że będą brzmieć jak... No właśnie, jak kto, skoro RHCP jeszcze nie było?


Brzmienie przykładowych RHCP ewoluowało przez lata i w różnych okresach istnienia kapeli było zawsze wypadkową tego, co wnosili poszczególni muzycy. Dave Navaro, grał jak... Dave Navaro i nie próbował rżnąć całymi frazami od innych gitarzystów, bo wówczas nigdy nie byłby rozpoznawalnym Davem Navaro, tylko jednym z licznego grona tych, którzy z lepszym lub gorszym skutkiem próbują naśladować jakiegoś konkretnego, sławnego gitarzystę. John Frusciante, ze swoim zawodzącym wokalem i ascetycznie surowym brzmieniem gitary, nawet po opuszczeniu grupy jest wciąż rozpoznawalny, o czym można się przekonać, sięgając po jego solowe nagrania.

Gra na instrumencie daje dodatkową możliwość wypowiedzi, wyrażenia własnych emocji, itp. Gra w kapeli jest jak udział w dyskusji na określony temat. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, zabiera głos i przedstawia swój punkt widzenia. Nonsensem jest (wyjątek stanowią tu politycy) bezustanne cytowanie w takiej „dyskusji” cudzych wypowiedzi lub wręcz przedstawiania ich jako własne.

Nie jestem przeciwnikiem sięgania po dobre wzorce, jeśli robi się to w celach edukacyjnych, a więc doskonalenia własnego warsztatu, poznawania różnych technik, itd. W sytuacji, gdy jedynie ślepo kopiuje się cudze pomysły, zaczyna dziać się źle! Wielokrotnie też sił nie starcza, by takie zamiary zrealizować, ale o tym jeszcze nikt nie wie, bo gdy w małej kanciapie siódme poty oddają lampy i tranzystory wzmacniaczy generalnie wszystko się „zgadza”. Dopiero na scenie, gdzie jest znacznie więcej przestrzeni, okazuje się, że nie zgadza się nic, a w najlepszym przypadku niewiele. Zaczynają się wówczas wzajemne oskarżenia, wytykanie błędów, a następnie dążenie do uzyskania „idealnej” sytuacji, czyli tej znanej z sali prób. W konsekwencji zaczyna się windowanie poziomów wszystkiego, z czego wydobywać się może jakikolwiek dźwięk, łącznie z odsłuchami. Nie chodzi tu o same poziomy, ale o uzyskanie zgiełku, w którym utoną wszelkie warsztatowe mankamenty. Kiedy poczynania te napotykają na stanowczy sprzeciw, wszyscy nagle dostrzegają wspólnego „wroga”, przeciw któremu zgodnie się jednoczą. Najczęściej wrogiem tym jest facet stojący za konsoletą z boku sceny.

Jeśli nawet założyć, że mają oni człowieka, który stoi za konsoletą z przodu, to i tak wśród zacnego grona realizatorów jest niewielu takich, którzy zdobędą się na odwagę, by wytykać błędy własnej kapeli, ryzykując utratę posady. Do klasyki zachowań można zaliczyć dyżurne stwierdzenie, które jest swego rodzaju panaceum w każdej krytycznej sytuacji podczas próby, a brzmi ono następująco: „... bo ja się nie słyszę”. Niestety uzyskanie konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, co wysłać do odsłuchu, żeby było O.K., jest zwykle niemożliwe. Najczęściej, po chwili konsternacji, odpowiedź ta zamyka się w jednym słowie: „wszystko”!

Złe aranżacje i niedopracowane utwory. To ostatnie zmusza muzyków do grania na tzw. „cynki”, bo nie wszyscy pamiętają charakterystyczne momenty wykonywanych utworów. Pół biedy, gdy sytuacja taka „dopada” starych wyjadaczy, którzy świetnie radzą sobie z instrumentami. Znacznie gorzej jest, gdy ubogi warsztat zmusza do „walki” z własnym instrumentem, a ta pochłania jakieś 90% uwagi muzyka. W takiej sytuacji nie ma już możliwości reagowania na dawane przez kolegów z kapeli znaki. Gdy nic się na scenie „nie klei”, a atmosfera zaczyna coraz bardziej gęstnieć, przychodzi pora by sięgnąć po standardowe „koło ratunkowe”. Jakie słowa padają w kulminacyjnym momencie takiej sytuacji? No, oczywiście „ja się nie słyszę”.


A propos aranży... Pewien znany muzyk powiedział kiedyś rzecz następującą: „lepiej jest zagrać o dwa dźwięki mniej, niż o jeden za dużo”. Z uwagi na powyższe jeszcze trudniej jest mi zrozumieć, dlaczego często bierze górę tendencja do komplikowania struktury utworu przez samych muzyków, w skali przekraczającej ich realne możliwości. Może to zostać uznane za zły przykład, ale oglądałem ostatnio po raz kolejny przygotowania do koncertów Michaela Jacksona „This is it”. Można tam zobaczyć, jak podczas prób hamuje on zapędy muzyków, powtarzając, że: „to musi być zagrane o wiele prościej”. Nie wydaje mi się, żeby w opinii Jacksona konieczność upraszczania pewnych partii materiału wynikała z braków warsztatowych muzyków, którzy mają problem z poprawnym odegraniem partii przewidzianej dla danego instrumentu.

Składy „okolicznościowe”. Różne składy „skrzykiwane” na okoliczność czegoś – promocji płyty, jakiegoś ważnego wydarzenia, np. rocznicy urodzin lub śmierci znanego artysty itp. Przypadkowi ludzie na scenie, którzy nigdy wcześniej nie zagrali wspólnie choćby jednego taktu próby. To sytuacja z gatunku „ratuj się, kto może”, więc kiedy okazuje się nagle, że ktoś jednak „nie może”, bo nie ma pomysłu na to, co w danym momencie zagrać, zapomniał przydzieloną mu partię materiału czy fragment tekstu... Co w takiej sytuacji się dzieje? Wszyscy kierują w stronę takiej osoby pytające spojrzenie, a osoba ta – jak zaszczuty przez nagonkę zając – jednym tchem wyrzuca z siebie dobrze znane stwierdzenie: „bo ja was nie słyszę”.

Brak znajomości używanych urządzeń. Instrumenty klawiszowe, samplery, maszyny i podłogi gitarzystów to niekiedy prawdziwa zmora! Bywa często tak, że ustalony w odsłuchach poziom instrumentu klawiszowego lub gitary w kolejnym utworze zmienia się dramatycznie po przełączeniu przez muzyka brzmienia. Poziom ten rzadko bywa niższy (choć i tak też się zdarza) – zwykle staje się znacznie wyższy od wcześniej uzgodnionego. Siłą rzeczy poziom ten zmienia się również w odsłuchach i nie ma tu znaczenia, czy korzystamy z systemu dystrybucyjnego AVIOM, bezprzewodowych systemów IEM, czy klasycznych monitorów podłogowych. Jedyną różnicą jest tylko stopień zagrożenia dla słuchu, który w przypadku podłogowych monitorów jest zdecydowanie mniejszy. Oczywiście i w takiej sytuacji winą nie obarcza się kolegi z kapeli, tylko monitorowca-idiotę, który bez przerwy coś zmienia w gałkach, choć nikt go o to nie prosił.

Granie z „trupem”. Wszelkiego rodzaju laptopy oraz inne urządzenia wysyłające loopy, ścieżki dodatkowych instrumentów i tym podobne „wypełniacze”. Wysyłane z nich poziomy sygnału to jeden problem – podobny zresztą, jak w przypadku omówionym wcześniej. Umiejętność grania z „trupem” to zupełnie inny problem. Jeśli kapela gra do loopa, powielając dokładnie to samo, co loop, przy czym basista próbując się dopasować grą – jak ja to nazywam – „barwą ochronną”, zamazującą resztki selektywności, a klawiszowiec rozkłada bliżej nieokreślone brzmieniowo „plamy”, które w żaden sposób nie miksują się z resztą, potęgując jedynie buczenie w głośnikach, to jaki efekt uzyskasz z takiego materiału? Było kiedyś takie dosadne ludowe porzekadło, mówiące o tym, że „z g… bata nie ukręcisz”. No, i jest to prawda, bo są to wyzwania, z którymi mierzyć się nie sposób. Zwyczajnie opadają ręce, a szczególnie gdy dochodzi do wymiany poglądów i ktoś próbuje udowadniać, że tak właśnie jest dobrze, bo „tak zawsze gramy”, a ty się czepiasz, bo pewno nie znasz się na robocie i dlatego sobie nie radzisz...

Gruntowna „wiedza”
, opierająca się na trzech solidnych filarach: przesądach, zabobonach oraz nigdzie i niczym nie potwierdzonych pogłoskach. Potrzebny przykład? Proszę – oto jest. Przychodzi kapela, która podobno ma już jakiś dorobek, ale nie ma ani ridera, ani realizatorów. Instalują na scenie sprzęt i zaczyna się w ich wykonaniu festiwal życzeń lub wręcz żądań w niektórych przypadkach: „Dacie nam taki długi, srebrny mikrofon do saksofonu? A do gitary musimy mieć ten kwadratowy”. „Sennheiser”? – pytam „NIE” – pada zdecydowana odpowiedź – „ten kwadratowy, który jest do gitary”. Pytam więc dalej, bo rozmowa zaczęła być dla mnie coraz bardziej zabawna. „Dlaczego akurat chcesz ten kwadratowy?” W odpowiedzi usłyszałem argument, który omal powalił mnie na plecy: „bo taki się używa”. Po chwili dolatuje do mnie strzępek rozmowy pomiędzy chłopcami: „może być słabo – to jakaś niekumata ekipa…”. Nie chcę rozwijać tego wątku, bo czasu mi szkoda, no i miejsca na stronie chyba również!

Widzisz Marecki, kiedy powstawały te wszystkie numery, nad którymi z zachwytu do dziś opada szczęka, nie było programu Pro Tools czy podobnych rozwiązań, dzięki którym można zwolnić instrumentalistę czy wokalistę z jakiejkolwiek odpowiedzialności za równe granie, strojący instrument oraz czyste śpiewanie. Wtedy liczyły się indywidualne pomysły i umiejętności. Kapele nagrywały na „setkę”, a w zarejestrowanych koncertach wyraźnie słychać popiskiwanie monitorów. Tak powstały dzieła, które pomimo upływu czasu oraz rozwoju technologii wciąż wzbudzają podziw. Koncerty grano bez loopów, pleksy wokół bębnów i systemów IEM, a mimo to wiele z koncertów zagranych w takich warunkach przeszło do historii. Kiedy się je ogląda, wciąż elektryzują swoją „witalnością”, a przecież ówczesne możliwości techniczne nie były tak doskonałe, jak te, z którymi mamy do czynienia obecnie. Światełko i multimedia nie miały również dzisiejszych możliwości. Pomimo tych „mankamentów” prezentowane utwory nie były czymś w rodzaju „rzeźby w kiju”, dzięki czemu bez trudu można było rozpoznać wykonujących je artystów. Wówczas liczyła się treść, a forma pozostawała rzeczą drugoplanową. Dziś te proporcje w wielu przypadkach zostały odwrócone.

Różnica pomiędzy tym, co kiedyś, a tym, co teraz nie tkwi w pleksie odgradzającej bębny i systemach IEM, ale – mówiąc w dużym uproszczeniu – w tym, że kiedyś na scenie pojawiali się ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia innym, a droga, którą musieli pokonać, by się tam znaleźć, była zwykle długa, kręta i wyboista.

Dziś na scenę może wyjść każdy, komu wydaje się, że potrafi grać albo śpiewać, i tu leży problem. Czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy są na nią wpychani siłą. Odnoszę też wrażenie, że z niektórych ludzi ktoś sobie okrutnie zakpił, wyrządzając im tym samym ogromną krzywdę, bo powiedział, że potrafią grać i śpiewać, a oni w to ślepo uwierzyli. W warunkach studia można dziś ulepić „coś” z niczego. Później na scenie zaczyna się szukanie tego, czego nie ma, bo nigdy nie było, marnując czas własny i innych, a przecież wokół jest wiele różnych ciekawych zajęć, w których mogliby realizować się z większym powodzeniem. Niestety bezmyślne plastikowe marionetki, wyprodukowane przez machinę komercji, pojawiają się nie tylko w tym kraju – co chyba jest znakiem czasu. Mam osobiście duży szacunek dla wszystkich formacji z gatunku Disco Polo, bo te przynajmniej nie dorabiają do swojej działalności aury wielkiego gwiazdorstwa i nie starają się wmawiać nikomu, że to, co robią, i w jaki sposób robią, jest kamieniem milowym w historii muzyki na świecie.

Wracając do głośnego grania – cokolwiek to określenie znaczy – to przyznaję, że moje nastawienie jest „PRO”, na scenie również. Nie będę nawet próbował uzasadniać dlaczego, bo niczego to nie wyjaśni. Trzeba zrobić samodzielnie kilka takich koncertów, żeby poczuć to samemu i zrozumieć.

Robert Plant z ogromną ilością wokalu na scenie. Gain toru wokalowego nasycony do granic możliwości, z pięknym „chropowatym” podbarwieniem, na które pozwalają preampy Midasa, a do tego balansujące na granicy sprzężenia 6,3 kHz. Don Powell – mistrz mega potężnego odsłuchu, w którym ma jedynie to, co jest mu pomocne, a nie „wszystko”. Motorhead, gdzie zsumowany system odsłuchów bocznych oraz odsłuchu perkusisty z powodzeniem spełniłby rolę systemu PA dla jakichś 80% koncertów, które odbywają się przykładowo w warszawskiej „Stodole”. Pomimo że poziomy są tu również wysokie, każdy miks jest czysty, nie zaśmiecony „wszystkim – wszędzie”. Testament, w którym do żadnego z monitorów nie wysyła się gitary basowej, a Paul Bostaph, grający na mega rozbudowanym zestawię bębnów, potrzebował jedynie stopkę, wokal oraz śladową ilość gitary Skolnick’a.

Wychodzisz na scenę przed takim na przykład koncertem G3, mówisz „raz” i z każdej strony słyszysz własny głos – czysto i wyraźnie. Do tego we wszystkich z podanych przykładów przy każdym uderzeniu stopki nie tylko słyszysz dźwięk, ale czujesz na ciele ciśnienie przemieszczającego się powietrza. To jest dopiero jazda! Taka sytuacja podnosi poziom adrenaliny, dodaje energii, uskrzydla, sprawiając, że od razu chce się żyć!

Takich przykładów można mnożyć, ale oczywiście jest to moja subiektywna opinia, z którą nie musisz się zgodzić, bo, jak wcześniej powiedziałem, z biegiem lat i w miarę rosnącego bagażu doświadczeń nie każdy człowiek staje się mądrzejszy, czego ja podobno jestem...

Marek Witkowski