Ulubiony kiosk PRZEJRZYJ ONLINE WRZEŚNIOWE WYDANIE Live Sound ZAMÓW Z PRZESYŁKĄ GRATIS

Tutoriale

Kabluj z uwagą - Dbałość o przewody

Kabluj z uwagą - Dbałość o przewody

Dodano: środa, 17 listopada 2010

Owszem, możecie nazwać ten artykuł smędzeniem albo przynudzaniem. Starzy wyjadacze na pewno. Ale być może młodzież, która dopiero uczy się fachu scenicznego, coś z niego dla siebie przyswoi. Mowa będzie bowiem o przewodach, czyli kablach.

 

Przewody można by określić „szarą eminencją” estrady. Zwykle niemal ich nie dostrzegamy i często nie szanujemy. Są ciągane po scenie, deptane, skręcane, a bywa, że po zakończeniu sztuki byle jak wrzucane do skrzyni. A przecież ich niewłaściwe traktowanie może być przyczyną uszkodzeń, które potrafią naprawdę uprzykrzyć życie. A zatem – jest to artykuł kierowany przede wszystkim do „żółtodziobów” – warto zwrócić uwagę na ten zupełnie pozbawiony atrakcyjności element systemu audio.

 

OCHRONA PRZEWODÓW NA SCENIE

Przewody leżące na scenie nie mają łatwego życia. Są deptane, przygniatane i zalewane różnego rodzaju płynami. Dlatego warto je układać z głową. Jeśli scena zbudowana jest z płyt lub desek, pomiędzy którymi znajdują się szczeliny, to warto je wykorzystać do ułożenia w nich tych przewodów, które nie są podczas koncertu przemieszczane. W dobie rozkwitu systemów bezprzewodowych takie przewody stanowią zdecydowaną większość. Jeśli jednak scena ma zupełnie płaską powierzchnię, wówczas warto w newralgicznych miejscach w jakiś sposób je zabezpieczyć – jeśli nie mostem przejazdowym (bo może przeszkadzać w swobodnym poruszaniu się po scenie), to chociaż kawałkiem wykładziny, albo nawet kartonu, przyklejonym mocną taśmą do podłoża. Przewody odwdzięczą się Wam za to dłuższą żywotnością i większą niezawodnością.

 

ZWIJANIE I PRZECHOWYWANIE PRZEWODÓW

Przewody leżące na scenie nie mają łatwego życia – są deptane, przygniatane i zalewane różnego rodzaju płynami.

Tak, wiem. Temat to banalny i dla wielu nie zasługujący na uwagę. Ale warto i tu wykształcić w sobie odpowiednie przyzwyczajenia. Przede wszystkim do odłączania przewodów od urządzeń służą wtyki. Niedopuszczalne jest wyciąganie ich „za uszy”. Wpływa to negatywnie zarówno na trwałość samych przewodów, jak i stan połączeń wewnątrz wtyków. Zresztą (na szczęście) ani wtyków XLR, ani Speakon, ani też Powerkon tak po prostu wyciągnąć z gniazda się nie da. Ale jeśli już się komuś ta sztuka uda, to będzie to równoznaczne z koniecznością naprawy przewodu albo i gniazda.

Wtyki, zwłaszcza te, które wyposażone są w zaciski zaciskające się w momencie skręcenia całości, zawsze powinny być maksymalnie skręcone. W przeciwnym bowiem razie zaciski te tracą skuteczność, co w ostatecznym rezultacie może skończyć się wyrwaniem przewodu.

Wskazane jest, aby szczególnie długie przewody nawijane były na szpule lub bębny i na nich przechowywane. Zresztą trudno sobie wyobrazić zwijanie grubej „pyty” w rękach. Przewody, które uległy poskręcaniu podczas użytkowania należy przed zwinięciem wyprostować. Długotrwałe naprężenia wewnętrzne mogą z biegiem czasu doprowadzić do przerwania żył, co całkowicie eliminuje przewód z użycia.

W sytuacji, gdy „sztuka” odbywa się na mrozie, a użyte przewody są mało odporne na niskie temperatury, należy przed ich zwinięciem „magazynowym” zwinąć bardzo luźno i przenieść w cieplejsze miejsce, do czasu uzyskania normalnej giętkości. Przemarznięta izolacja może – jeśli nie od razu, to po paru sztukach – pod wpływem zbyt ciasnego zwinięcia popękać.

Wskazane jest, aby szczególnie długie przewody nawijane były na szpule lub bębny i na nich przechowywane.

Błędem jest także zwijanie przewodów na łokciu. Przewody audio są zwykle wystarczająco miękkie, by można je było zwijać trzymając zwój w dłoni i nawijając drugą. Nawijanie „łokciowe” prowadzi do niepotrzebnego naciągania przewodu i osłabiania jego struktury. Poza tym przewód wcale w ten sposób nie zostaje dobrze i prawidłowo zwinięty.

Przewody zwinięte w zwoje, zwłaszcza jeśli umieszczane są w skrzyni transportowej, warto zabezpieczyć przed rozwinięciem się i splątaniem. Można to zrobić za pomocą taśmy klejącej lub sztywnego drutu w izolacji. Wystarczy „chwycić” zwój w punkcie pomiędzy wtykami, najlepiej w taki sposób, żeby nie dyndały zbyt swobodnie. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre taśmy klejące mają brzydki zwyczaj pozostawiania dawki kleju, zwłaszcza w gorące dni. Po kilku takich razach przewód staje się dość wyraźnie klejący. Oczywiście, najlepiej zaopatrzyć się w małe opaski na rzepę, czasami dostarczane wraz z kablami konfekcjonowanymi. Jakimś rozwiązaniem jest też oplecenie całego wianuszka ostatnim zwojem przewodu.

 

KONSERWACJA PRZEWODÓW

Przewody, czy też – jak kto woli – kable, należy okresowo konserwować. W zasadzie nie jest to wielka historia i sprowadza się do sprawdzenia stanu izolacji, połączeń lutowanych i samych wtyków. Warto też od czasu do czasu przewody przeczyścić, choć w zasadzie ma to znaczenie wyłącznie estetyczne. Ogólny stan powinno się sprawdzać po każdej sztuce. Ale raz na kwartał, a jeśli sztuki grane są z większą częstotliwością niż raz na tydzień, to i częściej, warto przyjrzeć się przewodom uważniej, zaglądając także do wtyków, kontrolując stan połączeń. Może to pomóc uniknąć przykrych niespodzianek podczas pracy. Oczywiście, przewody instrumentalne czy mikrofonowe, gdy ulegają uszkodzeniu, po prostu przestają działać. Awarię przewodu głośnikowego też zwykle da się „skminić”, sprawdzając wartość impedancji w oprogramowaniu do obsługi systemu nagłośnieniowego. Tylko po co dodawać sobie niepotrzebnych nerwów i stresu, skoro można wszystko na spokojnie, w zaciszu magazynu, dokładnie sprawdzić, wyjeżdżając później na sztukę na pewniaka?

 

LUTOWANIE I PRZYGOTOWANIE DO LUTOWANIA

Lutowanie wcale nie jest tak trywialną i prostą czynnością, jak się może wydawać. Żeby dobrze wykonać tę operację, należy zadbać o to, by lutowany wtyk czy gniazdo było skutecznie unieruchomione. Nie radzę wykorzystywać gniazd zamontowanych w sprzęcie w roli uchwytu. Może się bowiem zdarzyć, że zbyt długi kontakt lutownicy z lutowanym stykiem spowoduje takie jego rozgrzanie, że ciepło przepłynie przez gniazdo „mocujące” i, jeśli nie uszkodzi, to choćby osłabi lutowanie przewodu wewnątrz urządzenia. W razie braku lepszego rozwiązania można się ratować kombinerkami, ściśniętymi choćby zwykłą gumką recepturką. Innym rozwiązaniem, które ma tę zaletę, iż zapewnia pełną swobodę obu rąk, jest umocowanie samej lutownicy – najlepiej w pionie. Trzeba też mieć na uwadze, że dodatkowym efektem zbytniego rozgrzania może być stopienie izolacji i odsłonięcie większego odcinka lutowanej żyły.

Jeśli lutowanie ma na celu naprawienie wcześniej uszkodzonego złącza, trzeba usunąć resztki starego lutu, a także wszelkie zanieczyszczenia, w tym tlenki czyli rdzę. Pierwszymi musimy zająć się sami. Drugimi zazwyczaj „opiekują się” dodatki do lutu. Czystość łączonych powierzchni ma fundamentalne znaczenie dla jakości połączenia.

Podobnie odpowiedniemu przygotowaniu należy poddać przewody, które będą przylutowywane do wtyku czy gniazda. Przede wszystkim trzeba usunąć z nich izolację. Jednak nie tyle „ile wyjdzie”, a jedynie tyle, by odizolowana końcówka żyły była całkowicie przylutowana w gnieździe czy wtyku. Luźne odcinki odizolowanych żył mogą się zewrzeć, czyniąc cały przewód niezdatnym do użytku. Bardzo często przewody zawierają w środku „nić”, która ma za zadanie dodatkowo je wzmacniać. Po usunięciu zewnętrznego płaszcza przewodu należy tę nić odciąć.

Zabierając się do lutowania należy zadbać o to, by lutowany wtyk czy gniazdo było skutecznie unieruchomione. W razie braku lepszego rozwiązania można się ratować kombinerkami, ściśniętymi choćby zwykłą gumką recepturką.

Styki w gniazdach zazwyczaj mają pewne „udogodnienia”, ułatwiające wykonanie poprawnego połączenia. Mogą to być otwory wydrążone wzdłuż styków albo w nich wywiercone. Należy z nich bezwzględnie korzystać. W pierwszym przypadku polega to na wsunięciu odizolowanego odcinka żyły do otworu, w drugim na przepleceniu jej przez ów otwór. Najpierw jednak należy odsłonięte przewody ocynować, czyli pokryć warstewką lutu. Jednakże często popełnia się tu błąd polegający na tym, że lutowie rozpuszcza się na grocie lutownicy. Poprawnie czynność ta powinna polegać na podgrzaniu przewodu lutownicą i „pomazaniu” go roztapiającym się lutem. Podobnie postępuje się podczas nakładania cyny na styki, do których będą lutowane przewody. Dlaczego tak? Przede wszystkim dlatego, że z nadmiernie rozgrzanego lutowia odparowują niektóre składniki, a poza tym jego nadmierna ilość, w postaci pokaźnej, płynnej kluchy, może zwyczajnie skapnąć pomiędzy styki i trzeba będzie zrobić z tym porządek. Najistotniejszą jednak kwestią jest to, że bezpośrednie rozgrzewanie i nakładanie lutowia za pomocą lutownicy często prowadzi do powstania tzw. zimnych lutów. Luty takie charakteryzują się mniejszą trwałością i zdecydowanie gorszymi właściwościami przewodzenia. Przy pierwszej też okazji połączenie zupełnie się rozerwie. Najprościej mówiąc, przyczyną tego jest to, że rozgrzany lut układa się jedynie na powierzchni przewodów, nie przenikając w ich głąb. W przypadku użycia lutowia bazującego na ołowiu taki lut ma matową powierzchnię, podczas gdy powinna ona być lekko błyszcząca. Jednak jeśli używa się lutowia cynowego, wtedy ten objaw może nie być widoczny, mimo że w rzeczywistości wykonany został zimny lut.

Przed przystąpieniem do lutowania należy nałożyć na przewód elementy składowe wtyku i jego obudowy, których nie da się założyć później (na przykład zacisk, który zabezpiecza przewód przed wyrwaniem z wtyku XLR). Warto też sprawdzić, czy nie zostały one założone w niewłaściwej kolejności ani „d… do przodu”. Pół biedy, jeśli montuje się dopiero pierwszy wtyk. Wtedy błąd można łatwo (lub względnie łatwo, o ile nie lutuje się przewodu o długości kilkudziesięciu metrów) naprawić. Jednak w razie pomyłki podczas montażu wtyku na przeciwległym końcu przewodu nie będzie już taryfy ulgowej. Nic wielkiego może się nie stanie, ale po co komu dodatkowa robota z rozlutowywaniem, ponownym lutowaniem itd.? Istotną rzeczą jest także zachowanie właściwej polaryzacji połączeń symetrycznych. Ich „skrosowanie” może się objawić dziwnymi, „niewytłumaczalnymi” problemami z fazą sygnałów.

 

NA KONIEC

Był to artykuł czysto „porządkowy”. Jego tematyka nie ma nic (przynajmniej w sposób bezpośredni) wspólnego z realizacją widowiska scenicznego. A jednak nie tylko konsolety, procesory czy głośniki są ważne. Bohaterowie tegoż artykułu – przewody – także zasługują na odrobinę uwagi i troski. Dbajcie więc również o nie, bo stanowią one istotny element całości.

Marcin „EmDżi” Grass

Owszem, możecie nazwać ten artykuł smędzeniem albo przynudzaniem. Starzy wyjadacze na pewno. Ale być może młodzież, która dopiero uczy się fachu scenicznego, coś z niego dla siebie przyswoi. Mowa będzie bowiem o przewodach, czyli kablach.

Przewody można by określić „szarą eminencją” estrady. Zwykle niemal ich nie dostrzegamy i często nie szanujemy. Są ciągane po scenie, deptane, skręcane, a bywa, że po zakończeniu sztuki byle jak wrzucane do skrzyni. A przecież ich niewłaściwe traktowanie może być przyczyną uszkodzeń, które potrafią naprawdę uprzykrzyć życie. A zatem – jest to artykuł kierowany przede wszystkim do „żółtodziobów” – warto zwrócić uwagę na ten zupełnie pozbawiony atrakcyjności element systemu audio.

 

OCHRONA PRZEWODÓW NA SCENIE

 

Przewody leżące na scenie nie mają łatwego życia. Są deptane, przygniatane i zalewane różnego rodzaju płynami. Dlatego warto je układać z głową. Jeśli scena zbudowana jest z płyt lub desek, pomiędzy którymi znajdują się szczeliny, to warto je wykorzystać do ułożenia w nich tych przewodów, które nie są podczas koncertu przemieszczane. W dobie rozkwitu systemów bezprzewodowych takie przewody stanowią zdecydowaną większość. Jeśli jednak scena ma zupełnie płaską powierzchnię, wówczas warto w newralgicznych miejscach w jakiś sposób je zabezpieczyć – jeśli nie mostem przejazdowym (bo może przeszkadzać w swobodnym poruszaniu się po scenie), to chociaż kawałkiem wykładziny, albo nawet kartonu, przyklejonym mocną taśmą do podłoża. Przewody odwdzięczą się Wam za to dłuższą żywotnością i większą niezawodnością.

 

ZWIJANIE I PRZECHOWYWANIE PRZEWODÓW

 

Tak, wiem. Temat to banalny i dla wielu nie zasługujący na uwagę. Ale warto i tu wykształcić w sobie odpowiednie przyzwyczajenia. Przede wszystkim do odłączania przewodów od urządzeń służą wtyki. Niedopuszczalne jest wyciąganie ich „za uszy”. Wpływa to negatywnie zarówno na trwałość samych przewodów, jak i stan połączeń wewnątrz wtyków. Zresztą (na szczęście) ani wtyków XLR, ani Speakon, ani też Powerkon tak po prostu wyciągnąć z gniazda się nie da. Ale jeśli już się komuś ta sztuka uda, to będzie to równoznaczne z koniecznością naprawy przewodu albo i gniazda.

 

Wtyki, zwłaszcza te, które wyposażone są w zaciski zaciskające się w momencie skręcenia całości, zawsze powinny być maksymalnie skręcone. W przeciwnym bowiem razie zaciski te tracą skuteczność, co w ostatecznym rezultacie może skończyć się wyrwaniem przewodu.

 

Wskazane jest, aby szczególnie długie przewody nawijane były na szpule lub bębny i na nich przechowywane. Zresztą trudno sobie wyobrazić zwijanie grubej „pyty” w rękach. Przewody, które uległy poskręcaniu podczas użytkowania należy przed zwinięciem wyprostować. Długotrwałe naprężenia wewnętrzne mogą z biegiem czasu doprowadzić do przerwania żył, co całkowicie eliminuje przewód z użycia.

 

W sytuacji, gdy „sztuka” odbywa się na mrozie, a użyte przewody są mało odporne na niskie temperatury, należy przed ich zwinięciem „magazynowym” zwinąć bardzo luźno i przenieść w cieplejsze miejsce, do czasu uzyskania normalnej giętkości. Przemarznięta izolacja może – jeśli nie od razu, to po paru sztukach – pod wpływem zbyt ciasnego zwinięcia popękać.

 

Błędem jest także zwijanie przewodów na łokciu. Przewody audio są zwykle wystarczająco miękkie, by można je było zwijać trzymając zwój w dłoni i nawijając drugą. Nawijanie „łokciowe” prowadzi do niepotrzebnego naciągania przewodu i osłabiania jego struktury. Poza tym przewód wcale w ten sposób nie zostaje dobrze i prawidłowo zwinięty.

 

Przewody zwinięte w zwoje, zwłaszcza jeśli umieszczane są w skrzyni transportowej, warto zabezpieczyć przed rozwinięciem się i splątaniem. Można to zrobić za pomocą taśmy klejącej lub sztywnego drutu w izolacji. Wystarczy „chwycić” zwój w punkcie pomiędzy wtykami, najlepiej w taki sposób, żeby nie dyndały zbyt swobodnie. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre taśmy klejące mają brzydki zwyczaj pozostawiania dawki kleju, zwłaszcza w gorące dni. Po kilku takich razach przewód staje się dość wyraźnie klejący. Oczywiście, najlepiej zaopatrzyć się w małe opaski na rzepę, czasami dostarczane wraz z kablami konfekcjonowanymi. Jakimś rozwiązaniem jest też oplecenie całego wianuszka ostatnim zwojem przewodu.

 

KONSERWACJA PRZEWODÓW

 

Przewody, czy też – jak kto woli – kable, należy okresowo konserwować. W zasadzie nie jest to wielka historia i sprowadza się do sprawdzenia stanu izolacji, połączeń lutowanych i samych wtyków. Warto też od czasu do czasu przewody przeczyścić, choć w zasadzie ma to znaczenie wyłącznie estetyczne. Ogólny stan powinno się sprawdzać po każdej sztuce. Ale raz na kwartał, a jeśli sztuki grane są z większą częstotliwością niż raz na tydzień, to i częściej, warto przyjrzeć się przewodom uważniej, zaglądając także do wtyków, kontrolując stan połączeń. Może to pomóc uniknąć przykrych niespodzianek podczas pracy. Oczywiście, przewody instrumentalne czy mikrofonowe, gdy ulegają uszkodzeniu, po prostu przestają działać. Awarię przewodu głośnikowego też zwykle da się „skminić”, sprawdzając wartość impedancji w oprogramowaniu do obsługi systemu nagłośnieniowego. Tylko po co dodawać sobie niepotrzebnych nerwów i stresu, skoro można wszystko na spokojnie, w zaciszu magazynu, dokładnie sprawdzić, wyjeżdżając później na sztukę na pewniaka?

 

LUTOWANIE I PRZYGOTOWANIE DO LUTOWANIA

 

Lutowanie wcale nie jest tak trywialną i prostą czynnością, jak się może wydawać. Żeby dobrze wykonać tę operację, należy zadbać o to, by lutowany wtyk czy gniazdo było skutecznie unieruchomione. Nie radzę wykorzystywać gniazd zamontowanych w sprzęcie w roli uchwytu. Może się bowiem zdarzyć, że zbyt długi kontakt lutownicy z lutowanym stykiem spowoduje takie jego rozgrzanie, że ciepło przepłynie przez gniazdo „mocujące” i, jeśli nie uszkodzi, to choćby osłabi lutowanie przewodu wewnątrz urządzenia. W razie braku lepszego rozwiązania można się ratować kombinerkami, ściśniętymi choćby zwykłą gumką recepturką. Innym rozwiązaniem, które ma tę zaletę, iż zapewnia pełną swobodę obu rąk, jest umocowanie samej lutownicy – najlepiej w pionie. Trzeba też mieć na uwadze, że dodatkowym efektem zbytniego rozgrzania może być stopienie izolacji i odsłonięcie większego odcinka lutowanej żyły.

 

Jeśli lutowanie ma na celu naprawienie wcześniej uszkodzonego złącza, trzeba usunąć resztki starego lutu, a także wszelkie zanieczyszczenia, w tym tlenki czyli rdzę. Pierwszymi musimy zająć się sami. Drugimi zazwyczaj „opiekują się” dodatki do lutu. Czystość łączonych powierzchni ma fundamentalne znaczenie dla jakości połączenia.

 

Podobnie odpowiedniemu przygotowaniu należy poddać przewody, które będą przylutowywane do wtyku czy gniazda. Przede wszystkim trzeba usunąć z nich izolację. Jednak nie tyle „ile wyjdzie”, a jedynie tyle, by odizolowana końcówka żyły była całkowicie przylutowana w gnieździe czy wtyku. Luźne odcinki odizolowanych żył mogą się zewrzeć, czyniąc cały przewód niezdatnym do użytku. Bardzo często przewody zawierają w środku „nić”, która ma za zadanie dodatkowo je wzmacniać. Po usunięciu zewnętrznego płaszcza przewodu należy tę nić odciąć.

 

Styki w gniazdach zazwyczaj mają pewne „udogodnienia”, ułatwiające wykonanie poprawnego połączenia. Mogą to być otwory wydrążone wzdłuż styków albo w nich wywiercone. Należy z nich bezwzględnie korzystać. W pierwszym przypadku polega to na wsunięciu odizolowanego odcinka żyły do otworu, w drugim na przepleceniu jej przez ów otwór. Najpierw jednak należy odsłonięte przewody ocynować, czyli pokryć warstewką lutu. Jednakże często popełnia się tu błąd polegający na tym, że lutowie rozpuszcza się na grocie lutownicy. Poprawnie czynność ta powinna polegać na podgrzaniu przewodu lutownicą i „pomazaniu” go roztapiającym się lutem. Podobnie postępuje się podczas nakładania cyny na styki, do których będą lutowane przewody. Dlaczego tak? Przede wszystkim dlatego, że z nadmiernie rozgrzanego lutowia odparowują niektóre składniki, a poza tym jego nadmierna ilość, w postaci pokaźnej, płynnej kluchy, może zwyczajnie skapnąć pomiędzy styki i trzeba będzie zrobić z tym porządek. Najistotniejszą jednak kwestią jest to, że bezpośrednie rozgrzewanie i nakładanie lutowia za pomocą lutownicy często prowadzi do powstania tzw. zimnych lutów. Luty takie charakteryzują się mniejszą trwałością i zdecydowanie gorszymi właściwościami przewodzenia. Przy pierwszej też okazji połączenie zupełnie się rozerwie. Najprościej mówiąc, przyczyną tego jest to, że rozgrzany lut układa się jedynie na powierzchni przewodów, nie przenikając w ich głąb. W przypadku użycia lutowia bazującego na ołowiu taki lut ma matową powierzchnię, podczas gdy powinna ona być lekko błyszcząca. Jednak jeśli używa się lutowia cynowego, wtedy ten objaw może nie być widoczny, mimo że w rzeczywistości wykonany został zimny lut.

Przed przystąpieniem do lutowania należy nałożyć na przewód elementy składowe wtyku i jego obudowy, których nie da się założyć później (na przykład zacisk, który zabezpiecza przewód przed wyrwaniem z wtyku XLR). Warto też sprawdzić, czy nie zostały one założone w niewłaściwej kolejności ani „d… do przodu”. Pół biedy, jeśli montuje się dopiero pierwszy wtyk. Wtedy błąd można łatwo (lub względnie łatwo, o ile nie lutuje się przewodu o długości kilkudziesięciu metrów) naprawić. Jednak w razie pomyłki podczas montażu wtyku na przeciwległym końcu przewodu nie będzie już taryfy ulgowej. Nic wielkiego może się nie stanie, ale po co komu dodatkowa robota z rozlutowywaniem, ponownym lutowaniem itd.? Istotną rzeczą jest także zachowanie właściwej polaryzacji połączeń symetrycznych. Ich „skrosowanie” może się objawić dziwnymi, „niewytłumaczalnymi” problemami z fazą sygnałów.

 

NA KONIEC

 

Był to artykuł czysto „porządkowy”. Jego tematyka nie ma nic (przynajmniej w sposób bezpośredni) wspólnego z realizacją widowiska scenicznego. A jednak nie tylko konsolety, procesory czy głośniki są ważne. Bohaterowie tegoż artykułu – przewody – także zasługują na odrobinę uwagi i troski. Dbajcie więc również o nie, bo stanowią one istotny element całości.